Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porozmawiajmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porozmawiajmy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 marca 2017

Porozmawiajmy: Po co komu rok liturgiczny?

Przyszła dziś do mnie - pocztą - książka. O Godly Play. Ponieważ po warsztatach, o których już wspominałam, do nadal trwam w zachwycie nad tą metodą, postanowiłam się dokształcić. Na pierwszy ogień, cokolwiek dziwnie, ale zgodnie z poleceniem prowadzącego warsztaty, poszła druga część ośmioczęściowego przewodnika autorstwa Jeroma W. Berrymana.

Źródło

No i czytam sobie. Przeczytałam wprowadzenie, przeczytałam czym ma się zajmować osoba opowiadająca historię i pomocnik, przeczytałam jak powinna wyglądać idealna sala, przeczytałam jakie części składają się na całość zajęć, doszłam do pierwszej lekcji...

I pomyślałam sobie: Zaraz, zaraz. Jestem zielonoświątkowcem. Obce mi są kolorystyczne oznaczenia poszczególnych niedziel w roku. Czy naprawdę aż takie znaczenie ma rok liturgiczny, żeby o tym miała być pierwsza lekcja? Przecież Godly Play miało się różnić od Katechezy Dobrego Pasterza. Ja nie chcę uczyć dzieci o meblach i kolorach, tylko o Bogu!

Ale przeczytałam. W trakcie czytania fabuła wciągnęła mnie tak bardzo, że nie mogłam się doczekać co będzie dalej.

Dlaczego?

Dlaczego wciągnęły mnie aż tak te kolorki?

Może zacznę od tego, że... Żyjemy w cyklach. I nie, nie tylko kobiety. Wszyscy, absolutnie wszyscy, od urodzenia aż do śmierci. Jest cykl tygodniowy, kiedy w pewne dni chodzimy do pracy/szkoły/przedszkola, zależnie od wieku, a w pewne dni odpoczywamy i chodzimy do kościoła. Jest cykl miesięczny, który dotyka w zasadzie bardziej tę część społeczeństwa, która w takim trybie dostaje wynagrodzenie za swoją pracę. I wreszcie jest cykl roczny, cykl pór roku, roku szkolnego dla uczących się i świąt, niezależnie od przynależności religijnych.

Kościoły, zależnie od denominacji, albo swój roczny cykl celebrują, albo zaniedbują. I o ile nie mam nic wspólnego z kościelnymi kolorami, bo w zasadzie w życiu nie należałam do żadnego kościoła który by ich używał i pierwszy raz w ogóle odkryłam, że coś takiego w ogóle istnieje jak byłam już całkiem dorosła, to nie uważam również, że totalne zaniedbanie w tej kwestii jest dobre.

Jest złe. Bo o ile nie da się przeoczyć zbliżającego się Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, to już spotkałam się z zapominaniem w kościołach, że właśnie są Zielone Świątki. Albo prowadzący nabożeństwo w popłochu odkrywał, że jest Niedziela Palmowa, tylko dlatego, że dzieci ze szkółki wracały z papierowymi liśćmi palmowymi. A jak już jesteśmy przy Bożym Narodzeniu to może warto byłoby wykorzystać czas zwany w tradycyjnych kościołach Adwentem na przygotowanie się duchowe do Świąt, zamiast narzekania, że teraz to się tak wszystko skomercjalizowało, że święta zaczynają się w listopadzie...

Nie przekreślajmy Kościelnego Koła Roku, jak nazwał to Berryman, tylko dlatego, że jesteśmy teraz charyzmatyczni. Weźmy dla siebie to co dobre. Celebrujmy, przeżywajmy, zastanawiajmy się nad wydarzeniami z życia Jezusa. I uczmy tego nasze dzieci, pamiętając, że im łatwiej będzie zapamiętać to, co zostanie im podane w ciekawy sposób, przedstawione wizualnie, a nie tylko zakomunikowane.

sobota, 11 marca 2017

Porozmawiajmy: Opowieści dla duszy

Uczestniczyłam dziś w warsztatach dotyczących Godly Play.

Źródło
Godly Play to protestancka odmiana Katechezy Dobrego Pasterza, czyli edukacji biblijnej opartej na metodzie Marii Montessori i jej następczyń, z powodzeniem praktykowana zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Stanach Zjednoczonych.

Poszłam tam z ciekawości - moją pasją jest poznawanie różnych metod docierania z Ewangelią do dzieci, dlatego nie mogłam nie iść, skoro tylko nadarzyła się okazja. W zasadzie myślę, że gdyby nie istniała protestancka wersja, a tylko miałabym okazję uczestniczyć w warsztatach Katechezy Dobrego Pasterza, to poszłabym na nie mimo, że jestem zielonoświątkowcem w zasadzie od urodzenia i z Kościołem Katolickim miałam w swoim życiu do czynienia tyle co nic. Choćby po to, żeby potem przerobić to "na nasze". Na szczęście już ktoś przerobił, a ludzie podobni do mnie mogą z tego korzystać.

Zajęcia Godly Play, które prowadzący nazywał też "opowieściami dla duszy" (mówi tak o nich, kiedy prowadzi zajęcia z dorosłymi, bo słowo play - zabawa - nie bardzo pasuje), można streścić w pięciu punktach.

  1. Przywitanie i utworzenie koła
  2. Opowieść (ilustrowana bardzo prostymi pomocami, takimi jak drewniane klocki, sznurek, drewniane ludziki bez twarzy, kamienie)
  3. Rozmowa (opiera się na czterech pytaniach: co ci się najbardziej podobało? Co było twoim zdaniem najważniejsze? gdzie widzisz siebie w tej opowieści? Czy moglibyśmy pominąć cokolwiek, żeby historia nie straciła sensu?)
  4. Zajęcia, pomagające skupić się na opowieści (samodzielne! Dzieci dostają do dyspozycji materiały i mają za zadanie zrobić cokolwiek, co tylko chcą, co pomoże im zapamiętać usłyszaną historię. Nikt nie pyta ich dlaczego akurat to zrobiły ani co to dla nich znaczy)
  5. Poczęstunek (pozwala skupić uwagę dzieci z powrotem na prowadzącym i zakończyć zajęcia modlitwą)

Poszłam na te warsztaty i się zachwyciłam. Pomyślałam sobie: to jest to! Tego właśnie brakuje współczesnym kościołom charyzmatycznym, szczególnie na zajęciach dla dzieci.

Jak to? Czegoś brakuje? Niemożliwe! Mamy historie biblijne, mamy zajęcia plastyczne, mamy piosenki i zabawy tematyczne, które pomagają zapamiętać historię. Mamy kościoły dziecięce, w których dzieci z serca uwielbiają Boga i są chrzczone Duchem Świętym. Uczymy dzieci modlić się, przekazujemy podstawy wiary, opowiadamy o najważniejszej na świecie książce, którą niewątpliwie jest Biblia. Mamy wszystko!

Ale czy na pewno? Czy pytamy dzieci co im się podobało? Co ich zdaniem jest najważniejsze? Gdzie widzą siebie? Czy to wszystko w ogóle jest potrzebne?

Czy dajemy dzieciom czas na refleksję? Na przemyślenie i utrwalenie prawdy, którą samo odkryło w historii? Czy w ogóle pozwalamy im odkrywać cokolwiek samodzielnie w tej historii, czy raczej podajemy im centralną prawdę na tacy, bo tak jest i już? Czy nie zachowujemy się trochę jak władza Kościoła, kiedy w czasach inkwizycji paliła na stosach za czytanie Biblii? W którym momencie kończy się przewodnictwo a zaczyna agitacja?

Mam szczerą nadzieję, że my, nauczyciela i my, rodzice, nie zaszliśmy jeszcze tak daleko. Mam szczerą nadzieję, że ja jeszcze tak daleko nie zaszłam. Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno by pozwolić dzieciom myśleć.

Pozwólmy dzieciom myśleć. Po to mają mózgi.

A jeśli jesteście zainteresowani metodą Godly Play - dajcie znać, to chętnie napiszę więcej.

sobota, 14 listopada 2015

Porozmawiajmy: Kiedy mówić dziecku o grzechu?

Doznałam wczoraj szoku. A to dlatego, że przeczytałam w podstawie programowej do nauczania katechetyki w jednym z najpopularniejszych wyznań charyzmatycznych w Polsce, że o grzechu powinno uczyć się dziecko na poziomie gimnazjalnym.

Szok i niedowierzanie.

Jak to? Nie bez przyczyny historia grzechu jest drugą (!) zaraz po stworzeniu historią w Biblii.

Nie mam pojęcia jakim cudem ten, kto to układał postanowił, że dopiero dzieci na poziomie gimnazjum są w stanie pojąć - dosłownie - "grzech i jego skutki" i "odkupienie w Chrystusie"...

Ja nawróciłam się jak miałam trzy czy cztery lata. Tak, nawróciłam się, bo wcześniej patologicznie kłamałam. Potem, głównie w okresie nastoletnim, miałam okresy lepsze i gorsze - te gorsze głównie z powodu znudzenia, ale też okoliczności zewnętrznych, bo był to bardzo burzliwy okres dla naszej rodziny. Ale mój pierwszy krok w stronę Jezusa, z pełną świadomością grzechu i jego następstw, a także zrozumieniem czym jest odkupienie w Chrystusie, choć być może nikt w stosunku do mnie nie używał takiego sformułowania.

Mój syn, lat 4 i pół, wie doskonale czym jest grzech, co się dzieje jak człowiek robi złe rzeczy i jak działa modlitwa grzesznika. Moja córka, lat 2 i pół, jeszcze nie do końca ogarnia temat w całości, ale już kojarzy fakty.

Jest coś takiego, co się nazywa Okno 4/14. Chodzi w tym o to, że najbardziej podatna na ewangelię jest właśnie ta grupa wiekowa, a najwięcej dorosłych, świadomie wierzących chrześcijan, nawróciło się właśnie w tym okresie. Gimnazjum zaczyna się jak dziecko ma lat 13... Mamy zatem rok, żeby przekonać je, że warto oddać swoje życie Jezusowi. Trochę mało, prawda? Szczególnie, że jednocześnie dziecko to wchodzi w okres buntu, więc jest bardzo prawdopodobne, że na każde nasze "tak" będzie odpowiadać "nie".

Czy tego chcemy?

Przyzwyczaiłam się już do tego, że zazwyczaj w kościołach służba wśród dzieci jest odsunięta na dalszy plan. Najpierw są kaznodzieje, potem uwielbienie, służba wsród kobiet, alkoholików, narkomanów, więźniów, służba charytatywna... A po tym wszystkim są dzieci, odsuwane na koniec. Nie wiem dlaczego. Mam nadzieję, że w Waszych kościołach tak nie jest. Jeśli jest - pogódźcie się z tym i róbcie swoje, wiadomo nie od dziś, że pierwsi będą ostatnimi. Ale w momencie, kiedy osoby odpowiedzialne za całą służbę wśród dzieci, w ujęciu ogólnopolskim, spychają nawrócenie dziecka na dalszy plan, najpierw ucząc je jak należy zachowywać się w kościele (co, gdyby zadbać o możliwość nawrócenia dziecka wcześniej, byłoby stanowczo łatwiejsze...), to chyba coś jest nie tak.

Kiedy zaczyna się nowy rok szkolny i zaczynam zajęcia z nową grupą, a są to dzieci zazwyczaj przedszkolne, lekcję o grzechu przeprowadzam na drugich zajęciach. Za raz po lekcji o stworzeniu świata. I nie ma znaczenia to, że są to dzieci z rodzin wierzących. Mam przeogromną nadzieję, ze szarzy nauczyciele prowadzący zajęcia w kościołach tego wyznania nigdy nie widzieli podstawy programowej ustanowionęj przez ich szefostwo i tak jak ja przede wszystkim opowiadają dzieciom o zbawieniu, a nie o meblach w kościele...

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Porozmawiajmy: Co robicie w grudniu?

Oczywiście nadal jeszcze nie wiem jak będzie wyglądać nasze rozplanowanie salowo-grupowe od stycznia przyszłego roku - tego dowiem się w listopadzie, ale w ogóle nie przeszkadza mi to w zastanawianiu się nad tym co będzie w grudniu... A w grudniu planujemy przedstawienie!

Zapewne nie jest to dla Was - nauczycieli i rodziców - nic nowego. Przedstawienia bożonarodzeniowe to w zasadzie chleb codzienny... No - może cogrudniowy. Dla nas jednak będzie to pierwszy raz.

Tak naprawdę szkółka w naszym kościele na pełnych obrotach istnieje od roku. dwa lata wcześniej dzieci była garstka, a nauczycielki dwie na krzyż, a rok wcześniej dzieci się wprawdzie namnożyło, ale nauczycielek niekoniecznie, więc zajęcia dla dzieci obywały się co dwa tygodnie. Dopiero w roku szkolnym 2014/2015 zaczęło to funkcjonować sprawnie i w pełnym wymiarze. Co za tym idzie nasze dzieci nie mają jeszcze w programie tego wszystkiego co mają dzieci z kościołów o wieloletniej szkółkowej tradycji. Między innymi - nie robiły nigdy przedstawienia gwiazdkowego.

W zeszłym roku dzieci, symbolicznie przebrane za pasterzy i aniołki, zaśpiewały przed cały Kościołem jedną kolędę. Było to - jak na ich nieduży wiek i zerowe doświadczenie - niemałym osiągnięciem:






Widzicie, że przeważają maluszki, więc ciężko byłoby nauczyć ich tekstu, który mają wygłosić na forum.

Teraz dzieci są większe. Bardziej śmiałe i bardziej wygadane. Mam więc nadzieję, że uda nam się - przy odpowiedniej dawce prób - zorganizować i pokazać całego Kościołowi prawdziwą sztukę. Co planujemy? Przedstawienie oparte na tekście z Ewangelii Łukasza. I własnie do tego zmierzałam przez cały czas...

5 dowodów na wyższość tekstu biblijnego nad jakąkolwiek sztuką teatralną
(oczywiście przedstawianą w Kościele)

  1. Dzieci obcują ze Słowem Bożym. Tego wciąż, nawet w Kościołach, jest zbyt mało. Czytają na zajęciach - z wiadomych powodów - dzieci starsze. Młodszym dzieciom historie opowiadamy. I nie ma w tym nic złego. Ale w przypadku prostej, napisanej zrozumiałym językiem historii, do tego jeszcze dobrze znanej - czemu, nawet jeśli mamy do czynienia z maluchami - nie sięgnąć po "prawdziwą" Biblię?
  2. Jest łatwiej. Nie ukrywajmy, dla niewielu z nas, nauczycieli szkółek niedzielnych, jest to praca, a nie służba. A nawet jeśli tak się zdarzy - nigdy nie jest to nasze jedyne zajęcie. Jest praca zawodowa, a nawet jeśli jej nie ma to jest dom, mąż, dzieci albo szkoła czy studia. Na szkółkę nie możemy poświęcić całego naszego czasu. A przygotowanie takiego przedstawienia gwiazdkowego jest czasochłonne: bo scenografia, bo kostiumy, bo teksty wydrukować i rozdać, bo kolędy nauczyć, bo próby z dziećmi przeprowadzać... Kiedy w ramach naszej sztuki zaangażujemy narratora czytającego tekst z Biblii i nauczymy dzieci pojedynczych kwestii i konkretnych zachowań na scenie (tu wchodzicie, tu mówisz, teraz śpiewamy) będzie prościej i dla nich, i dla Was. I nikt nie będzie musiał poświęcać dodatkowego czasu na napisanie tekstu przedstawienia, bo ten tekst jest już od dwóch tysięcy lat gotowy!
  3. Scenariusz na pewno nie będzie grafomański. No bo chyba nikt nie powie, że Ewangelia Łukasza to grafomaństwo? Wprawdzie był on lekarzem, ale pisanie też mu szło nieźle. No, a w przypadku sztuk pisanych na zapotrzebowanie szkółki niedzielnej może być różnie - być może mamy szczęście i jakąś taką ciocię w zborze, która jest uzdolniona literacko. Ale jak nie mamy i tylko nie mówimy chętnej cioci, że jej tekst nam zgrzyta, żeby jej przykro nie było? Mając za sobą autorytet Słowa Bożego nie musimy sprawiać cioci przykrości.
  4. Na pewno nikt nie będzie zgorszony ani urażony. Pamiętam jeszcze te czasy, kiedy w Kościele Zielonoświątkowym nie można było śpiewać kolęd, bo to katolickie. Szczęśliwie już się od tego odchodzi i skupiamy się w kontaktach z innymi kościołami na tym co nas łączy a nie na tym co nas dzieli. Teks Ewangelii łączy. Na takie przedstawienie można zaprosić i ciocię chodzącą do Prostaczków i wujka księdza, a także całe rzesze znajomych należących do innych wyznań chrześcijańskich, ku wzajemnemu zbudowaniu.
  5. Słowo Boże staje się codziennością. Nie ukrywajmy, czasem ciężko jest sięgnąć nam po Biblię. W momencie, kiedy przygotowujemy przedstawienie oparte na tekście biblijnym, czytamy go tyle razy, że utrwala się on w naszym umyśle i znajduje drogę do serca. Jasne, że przygotowując każde przedstawienie o biblijnej tematyce automatycznie żyjemy Biblią i opisanymi tam wydarzeniami, ale życie konkretnymi słowami - to jest dopiero coś!
Wiem, wiem, że jest dopiero sierpień... Ale pamiętajcie, że na dobrze przygotowane przedstawienie potrzeba czasu. A tego zawsze nam brakuje... Więc może warto pomyśleć o tym już teraz, by na później mieć już gotowy plan i tylko go zrealizować, zamiast wpadać w panikę, bo nie mamy żadnego pomysłu? Polecam :)

środa, 10 czerwca 2015

Porozmawiajmy: Jak się modlić razem z dzieckiem?

Jedna z czytelniczek zapytała mnie w komentarzu czy mogłabym napisać o tym jak powinno się modlić...
Może dałabyś się namówić na post "jak powinna wyglądać modlitwa?" - przykładowo jakie modlitwy, czy rozmowa z PB itd. wszędzie jest że modlimy się wieczorem ale jak to robić - tego nie ma.
Przyznam szczerze, że nie jestem ekspertem od modlitwy. I zawsze jak muszę pomodlić się głośno to mnie to stresuje. Bo nie należę do tych, co to są wielomówni jak poganie ;) Szczęśliwie jest to blog o dzieciach, więc pytanie - tak zakładam - też jest o to jak modlić się z dziećmi. A tutaj już coś mogę powiedzieć.

Źródło
Ogólnie przyjęło się dzielić modlitwę na cztery części:

  1. Wielbienie
  2. Dziękczynienie
  3. Przepraszanie/Wyznawanie grzechów
  4. Prośby
I przyjęło się również, żeby utrzymywać tę kolejność.

Ma to logiczny sens - przecież gdybyśmy mieli audiencję u króla to nie wypalilibyśmy od razu "królu, daj nam więcej ziemi i zmniejsz podatki" - króla trzeba najpierw, przed taką prośbą, przebłagać. I chociaż nasz Król nie wymaga już od nas przebłagalnych ofiar, bo najważniejszą ofiarę złożył za nas na krzyżu Jezus Chrystus, to i tak wypalenie od początku modlitwy "Panie Boże daj mi nową pracę" jest odrobinę niegrzeczne. Nawet z koleżanką nie zaczynamy rozmowy od "daj mi", więc Bogu tym bardziej należy się szacunek.

Jeśli jednak rozmawiamy o modlitwie dziecięcej to tu najważniejsze jest zrozumienie. Jako dziecko kompletnie nie rozumiałam o co chodzi z tym wielbieniem. Bo przecież Pan Bóg chyba wie, że jest wielki i wspaniały, i miłosierny? Kierując się tym przy modlitwie z dziećmi łączę zawsze dwa pierwsze elementy, czyli na przykład zamiast mówić "Boże, Ty wszystko widzisz" modlimy się "dziękujemy Panie Boże, że zawsze się nami opiekujesz i zawsze na nas patrzysz". Albo zamiast mówić "Boże, jesteś miłosierny" - "dziękujemy, że nas kochasz". To pozwala na oswojenie boskich cech, przekłada je na bardziej zrozumiałe dla dzieci działania ze strony Boga.

Dalej jest już prosto, ale postaram się to jakoś usystematyzować... Na przykład w 5 zasad modlitwy z dzieckiem:
  1. Módlcie się własnymi słowami. Dziecko musi rozumieć o czym mówisz i dlaczego. Musi mieć to odniesienie do jego własnego życia, do konkretnych, nieoddalonych w czasie zdarzeń.
  2. Używaj prostego języka. Wzniosłe słowa zostaw zawsze na czas swojej własnej modlitwy. Zawsze dostosuj język do poziomu dziecka.
  3. Pierwsze modlitwy zapewne, drogi rodzicu, wykonasz samodzielnie. Być może, z czasem, dziecko zachce modlić się samo, ale na pewno nie należy go popędzać. Proponować - tak. Zastanawiać się przed modlitwą o czym chcemy porozmawiać z Bogiem - owszem. Zachęcać do tego by mówiło "Amen" jeśli się zgadza - jak najbardziej. Ale nie zmuszać. Wszystko przyjdzie w swoim czasie, najważniejszy jest przykład. O tym, co jeśli dziecko nie chce się modlić pisałam TU.
  4. No właśnie - zanim zaczniecie się modlić - porozmawiajcie. Zapytaj dziecko co je dziś ucieszyło, zasmuciło, czy zrobiło coś źle i się tym martwi, czy chciałoby czegoś. Jeśli dziecko samo nie wiem - pomóż, podawaj przykłady: "może chciałbyś podziękować Panu Bogu, że byłeś dziś u kolegi?", "myślę, że powinieneś przeprosić Pana Boga za swoje dzisiejsze zachowanie przy kolacji...(plus konkret)", "chciałabyś poprosić Boga o ładną pogodę na jutrzejszy piknik?".
  5. Potraktuj modlitwę z dzieckiem jak rozmowę miedzy dzieckiem, tobą i innym dorosłym. Dziecko może się wstydzić, być może coś powie, a może ograniczy się do kiwania głową. Z czasem będzie śmielsze, samo będzie wymyślać za co można podziękować i o co poprosić. Dajcie sobie czas i nie martwcie się. Bóg na pewno zrozumie co dziecko chciało mu powiedzieć!
Pamiętaj, że dziecko może dziękować za wszystko i prosić o wszystko co przyjdzie mu do głowy. Niezależnie jak absurdalne będą to dla ciebie rzeczy - ono ma do tego prawo. Na przykład mój syn dziękował dziś Panu Bogu za to, że całkiem nowy młodszy braciszek jego kolegi, którego byliśmy dziś oglądać ma łóżeczko. Dlaczego? Nie wiem, nie rozumiem. Ale nie muszę, ważne, że rozumie go Pan Bóg.

wtorek, 6 stycznia 2015

Porozmawiajmy: Książka o złych zachowaniach

Mam zaplanowane kilka rzeczy - między innymi scenariusz lekcji biblijnej i fotorelację ze świątecznego występu dzieci, ale zdjęcia jeszcze czekają nieobrobione, a do lekcji potrzebuję autoryzacji wydawnictwa, więc tymczasem znów będzie o książkach.

Ten blog zupełnie nie jest parentingowy, piszę tu głównie z punktu widzenia nauczyciela a nie rodzica, ale jest o dzieciach i wychowaniu ich w wierze, więc nie jestem w stanie tematów rodzicielskich uniknąć. Tym bardziej, kiedy jednocześnie pojawiają się: odkrywcza książka związana z dziecięcą wiarą i wyzwanie zrzeszające blogujących rodziców. Już moja poprzednia notka była związana z książkowym wyzwaniem, a ta będzie następna, ale jak najbardziej ona tu pasuje!

Chciałam Wam dziś przedstawić książkę niezwykłą. O jej niezwykłości najlepiej świadczy fakt, że jest nadmiernie używana przez mojego prawieczterolatka (ciągle każe sobie czytać poszczególne części), a wcale nie opowiada o fantastycznych przygodach. O czym natomiast traktuje? O rozmowie. Ale nie takiej zwykłej - o rozmowie szczególnej:


Ta rozmowa jest szczególna z trzech powodów:

  1. Przeprowadzana jest z Bogiem.
  2. Rozmawiają dzieci.
  3. Jej tematami są rzeczy trudne.
Ta pozycja to w zasadzie zbiór krótkich książeczek, z których każda jest rozmową dziecka z Bogiem.


Rozmów jest szesnaście, a jedna trudniejsza od drugiej. Bo dzieci z książeczek to nie beztroskie małolaty, biegające radośnie po podwórku, a ich modlitwy nie są podziękowaniami za pięknie stworzony świat. Chociaż pojawia się tam dziękczynienie, to myślą przewodnią jest coś co sprawiło dziecku przykrość lub czym dziecko sprawiło przykrość komuś.


Znajdziemy tam dziecięce rozmowy z Bogiem o:
  • Brzydkich słowach
  • Chciwości
  • Dzieleniu się
  • Jak przegrywać
  • Kłamstwie
  • Kradzieży
  • Krzywdzeniu innych
  • Lenistwie
  • Marudzeniu
  • Nieuprzejmości
  • Oszukiwaniu
  • Uważnych słuchaniu
  • Wandalizmie
  • Złych manierach
  • Złym humorze
  • Znęcaniu się
Myślę, że taka mała książeczka, która pokazuje naszemu dziecku, że inni też mają problemy, może się przydać. Jest dobrym podsumowaniem rozmowy lub wstępem do niej, kiedy dziecko zachowuje się nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Jest też dobrą profilaktyką - przez to, że dobrze nazywa uczucia, które szargają maluchami - zarówno tymi krzywdzącymi jak i skrzywdzonymi o może pomagać zapobiegać pewnym zachowaniom,, a wiadomo, że zawsze lepiej zapobiegać niż leczyć :)

Na przykład w książeczce na temat znęcania się nad słabszymi:


mały chłopiec opowiada Panu Bogu o tym, że chciał być lubiany i dlatego razem z chłopcami na których przyjaźni mu zależało, ale których trochę się bał, wyśmiewał się z kolegi. Później, kiedy rozmawiał z nauczycielem czuł się okropnie, bo wiedział, że wyśmiewanemu koledze było przykro i chciało mu się płakać, ale był dzielny. Na końcu każdej książeczki jest odniesienia do tego, bo zrobił dla nas Bóg/Jezus - tu akurat nauczyciel opowiada bohaterowi, o tym jak ludzie wyśmiewali się z ukrzyżowanego Jezusa. Oczywiście każda historyjka dobrze się kończy - dzieci z książeczek pokazują czytelnikom jak należy naprawić swoje zachowanie.

Jak używamy książeczki na własnym podwórku? Kiedy mój Syn marudzi, nie słucha mnie lub robi coś innego, co mi się nie podoba - wyjmuję książkę i czytam odpowiednią historyjkę. Ponieważ Wojtek bardzo lubi czytanie - szybko się wciąga. No i wiadomo - zawsze lepiej, jeśli to ktoś coś zrobił, a nie my - łatwiej wtedy o tym porozmawiać. A kiedy omówimy już zachowanie Wojtka/bohatera książki to zaczynami czytać inne i już wtedy Wojtek opowiada o nich mnie. Mam nadzieję, że dzięki temu niektórych nigdy nie będziemy musieli czytać z odniesieniem do własnego przykładu!

Ten post powstał w związku z moim udziałem w projektach:


sobota, 22 listopada 2014

Porozmawiajmy: Moje dziecko nie chce się modlić!

Na wstępie chciałam przeprosić, za to, ze tak długo nie pojawiały się nowe posty. Mamy ostatnio (rodzinnie) czas zmian, w większości pozytywnych, ale i tak potrzebujemy trochę czasu, żeby poukładać sobie pewne rzeczy na nowo. Tak więc inne rzeczy musiały poczekać. Nie ukrywam, że jest to w toku i nadal mam sporo zajęć, ale mam nadzieję, że uda mi się pisać w miarę regularnie.

Dzisiejszy post jest tekstem terapeutycznym. Dlaczego? Bo sama mam taki problem i stwierdziłam, że muszę się nad tym poważnie zastanowić. Pisanie natomiast pomaga mi w myśleniu, a mam nadzieję, że pisząc tutaj pomogę w problemie komuś jeszcze albo ktoś pomoże mnie. Bo nie sadzę, żeby wszyscy mieli w domu taki sielankowy obrazek:


Jaki zatem jest problem?

Moje dziecko nie chce się modlić!

Mój słodki i kochany Synek, który dotychczas codziennie po kolei wymieniał za kogo i za co podziękujemy Panu Bogu, od kilku dni na hasło "pomodlimy się" chowa głowę pod kołdrę i woła: "nie chcę, nie chcę!".

Dlaczego? Nie mam pojęcia. A jak sobie z tym poradzić?

Może najpierw o moim Synku: Wojtek ma trzy i pół roku. Czytać mu Biblię i modlić się z nim zaczęliśmy gdy miał trochę ponad dwa, jeśli dobrze pamiętam. Bardzo to lubi. Znaczy - czytanie do tej pory (teraz czytamy "inną" Biblię, dla starszych dzieci), a modlitwę już niekoniecznie.

Przy tym Wojtek ma jedną taką dziwną cechę, pewną odmianę perfekcjonizmu, polegającą na tym, że nie zrobi niczego kiedy nie jest tego w stu procentach pewny. Mój syn nie pójdzie do toalety sprawdzić czy może chce mu się sikać, bo nie chce i już. Nie mówił prawie nic do trzeciego roku życia, tylko niektóre słowa mu się czasem "wypsnęły", ale jak już zaczął mówić, to dopiero jak sam wiedział, że mówi dobrze i nie przekręcał prawie niczego. Teraz, jak zaczął chodzić do przedszkola - tak samo ma z angielskim. Nie lubi rysować i kolorować, bo nie wychodzi mu tak jakby tego chciał... I tym podobne. Dlaczego o tym piszę? Bo jestem przekonana, że ma to związek z jego niechęcią do modlitwy.

Wydaje mi się, że Wojtek zaczął się już zastanawiać, nad tym kim w zasadzie jest ten Pan Bóg, o którym mówią rodzice. "Jak postać z historyjek z tej ciekawej skądinąd książki ma się do tego, że trzeba słuchać mamy i czemu mam dziękować za nową zabawkę Jemu, skoro kupili mi ją rodzice? Jak to jest, że mama mówi, że z nim rozmawiamy, skoro leżymy we dwoje w łóżku i nikogo więcej tu nie ma i jak to możliwe, że na nas patrzy?"

Wojtuś po Pana Boga podchodzi nieufnie, trochę jak do pań w przedszkolu, z którymi nie rozmawia, choć wiemy, że umie mówić po angielsku, bo po powrocie z przedszkola mówi różne słowa i nam je tłumaczy. Postanowiłam więc zastosować podstawową strategię nawiązywania kontaktu Wojtka z Bogiem.

Kiedy po raz pierwszy spotykamy malutkie dziecko znajomych to nie rzucamy się na nie (a przynajmniej nie powinniśmy...) z całowaniem i przytulaniem tylko próbujemy powoli nawiązać kontakt. Mówimy "cześć", machamy, coś pokazujemy. Po to, żeby je oswoić. Tak samo postanowiłam oswoić Wojtka z obecnością Boga.

Na początek postanowiłam odwołać się do wojtkowej wyobraźni - przyszło mi z pomocą stare jak świat wyobrażenie na temat Boga siedzącego na chmurce i patrzącego z niej na świat. Kazałam Wojtkowi to właśnie wyobrazić sobie za oknem (ma łóżeczko tak ustawione, że widzi okno), a potem... pomachać i powiedzieć "cześć" do Pana Boga.

Posłuchał. Teraz codziennie macha i mówi Bogu "cześć" albo "dobranoc". Następnym etapem, który chcę wprowadzić jest dziękowanie za jedną rzecz dziennie. A co jeszcze można zrobić?

Rozmawiać!
Jeśli masz taki problem jak ja najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić, jest rozmawianie z dzieckiem o Bogu, opowiadanie o nim. Dziecko może jest wierzące z urodzenia, ale kiedy zaczyna się zastanawiać staje się agnostykiem! Tak jak i dorosły, musi sobie pewne rzeczy poukładać, przenieść bohatera opowieści na prawdziwe życie, a Boża ponadnaturalność i niesamowitość nie ułatwia. Dziecko musi Boga poznać, a ponieważ nie potrafi jeszcze czytać, nie jest w stanie zrobić tego bez pomocy. Zresztą - czytającemu dziecku też przyda się przewodnik.

Dawać przykład!
Nie chcesz się pomodlić? Okej, w takim razie ja się pomodlę. Módl się. Tak, żeby dziecko widziało to i słyszało.

Nie naciskać!
Nie można komuś kazać wierzyć. Nie można kogoś zmusić, żeby zrozumiał coś szybciej. Każdy ma swój czas. Postępuj powoli i delikatnie. Jeśli Twoje dziecko staje okoniem na hasło "modlitwa" - odpuść na kilka dni, a po tym czasie zaproponuj może jakąś inną formę?

Użyć wyobraźni!
Jesteście muzykalni? A może lubicie malować? Dlaczego z tego nie uczynić modlitwy? Czy nie można rozmawiać z Bogiem śpiewem, jak Dawid? Czy modlitw nie można przedstawić za pomocą obrazu? A jakby tak zmienić porę albo miejsce? Może Twojemu dziecku po prostu znudziła się dotychczasowa forma modlitwy? Przykładowo: Ojcze nasz jest bardzo piękną modlitwą, którą kazał się nam modlić Pan Jezus. Ale czy klepana z pamięci codziennie lub nawet co tydzień dalej będzie piękna i poruszająca?

A jakie Wy macie pomysły, żeby przekonać do modlitwy niechętne dziecko?

niedziela, 31 sierpnia 2014

Porozmawiajmy: Współpraca z rodzicami

Witam Was po - niezamierzonej - wakacyjnej przerwie. Obiecywałam, ze posty będą pojawiać się mimo wakacji, ale nie dałam rady... I niestety nie było to spowodowane wakacjami, ale epidemią ospy wietrznej, która dotknęła moje dzieci i - tak! - mojego męża. Większość wakacji spędziłam więc robiąc za sanitariuszkę :) No ale jutro pierwszy września, więc pora skierować pociąg do zajęć biblijnych dla dzieci na odpowiednie tory!

Dziś chciałabym podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat współpracy nauczyciela szkółkowego z rodzicami.

Nie ukrywajmy - od rodziców wiele zależy. Jeśli rodzice traktują szkółkę jak przechowalnie dla dzieci na czas kazania to choćby się nauczyciel dwoił i troił to sam nic nie osiągnie. Nauczyciel szkółki niedzielnej działa w cieniu - pastor i starsi nie bywają na szkółce, nie wiedzą co się tam dzieje. Wiedzą dzieci i - z tego co dzieci opowiedzą - rodzice. Rodzice natomiast tworzą Kościół, a Kościół to twór którego głosu słuchają pastor i starsi. Tak więc dopiero stąd mogą dowiedzieć się co dzieje się na zajęciach dla dzieci. Wygląda to mniej więcej tak:


Pastor i starsi będą traktować poważnie to co robi nauczyciel jedynie wtedy, kiedy poważnie szkółkę będą traktowali rodzice dzieci uczęszczających. Jak to osiągnąć?

Po pierwsze - informuj!

Każdy lubi, kiedy inni się z nim liczą. Jeśli chcemy, by rodzice traktowali nas poważnie, my też musimy tak ich traktować. Co to znaczy w praktyce? To znaczy, że rodzice powinni wiedzieć jak najwięcej.

Kiedy we wrześniu świeży rodzic powierza po raz pierwszy, drugi, a nawet i siedemnasty pod opiekę cioci szkółkowej swojego wychuchanego trzylatka i zostaje w głównej sali słuchając kazania to - uwierzcie, wiem, co mówię! - nie słyszy tego kazania. Owszem, słucha. Usilnie się stara. Ale nic do niego nie dociera. Dlaczego? Bo przez cały czas trwania zastanawia się czy jego dziecko nie płacze, nie rozrabia, słucha się, potrafi wykonać to co polecił nauczyciel i tak dalej... Przy tym co chwilę zerka albo na zegarek, albo na drzwi, czekając kiedy będzie odpowiednia godzina i wypatrując cioci szkółkowej prowadzącej uryczanego, wysmarowanego klejem trzylatka z obciętymi samodzielnie podczas zajęć włosami (bo może nauczycielka nie zauważyła i sam wziął nożyczki!).

Najczęściej ten scenariusz się nie sprawdza, a trzylatek wbiega radośnie po kilku taktach piosenki granej na zakończenie, ściskając w ramionach wątpliwej jakości malunek. Czy to wystarcza, żeby uspokoić skołatane serce rodzica? Niekoniecznie. Dlatego po nabożeństwie do ciociu ustawi się kolejka rodziców spragnionych wiedzy. Ciocia oczywiście odpowie na wszystkie pytania, uspokoi i zapewni, że dziecko się na szkółce spisało niesamowicie dzielnie. I teoretycznie powinno to wystarczyć...

A jak jest w praktyce? Rodzice już w październiku przyzwyczajają się do nowej sytuacji. Czy to znaczy, że nie trzeba już im mówić, jakie dzielne mają dziecko? Wręcz przeciwnie! Teraz to nauczyciel powinien ustawiać się do nich w kolejce. W momencie, kiedy doceniamy czyjeś dziecko to tak jakbyśmy chwalili rodzica. A kto nie lubi, kiedy się go chwali?

A co jeśli dziecko niekoniecznie zawsze jest grzeczne? O tym też trzeba mówić. Bo świadczy to o zainteresowaniu nauczyciela wychowankami. A zainteresowanie zawsze się liczy.

O czym jeszcze należy informować i w jakiej formie?
  • O zasadach działania szkółki i programie przewidzianym na dany rok/semestr - najlepiej podczas krótkiego zebrania rodziców.
  • O tematach poruszanych na zajęciach - można je wpisywać do zeszytów, jeśli dzieci je mają lub po prostu mówić o nich podczas rozmowy z rodzicami po szkółce.
  • O wydarzeniach, które mają nastąpić - znów: zeszyty lub rozmowa. Można też przygotować specjalny list do rodziców i rozdać dzieciom albo bezpośrednio rodzicom.
  • O osiągnięciach - najlepiej w towarzyskiej rozmowie. Ale pamiętajmy o tym, że każdy lubi się swoim dzieckiem chwalić - pomogą w tym w/w wydarzenia: może występ dzieci z okazji świąt lub wystawa prac na zakończenie roku?
Po drugie - angażuj!

Tak jak pisałam - nawet całkiem świeży rodzic w październiku przyzwyczaja się, że może w spokoju posłuchać kazania, bez konieczności uciszania małoletnich albo czytania szeptem książeczek, żeby się dziecku nie nudziło. Od docenienia komfortu jest już blisko do tego, by przyjąć ten komfort jako coś co się prawnie należy. A od tego już niestety bardzo blisko do zrzucenia odpowiedzialności za dziecko na nauczyciela. Jak do tego nie dopuścić? Angażować i wymagać.

My, nauczyciele, jesteśmy po to, by rodzicom pomóc. Ale pomoc to nie jest wyręczenie w wychowywaniu w wierze. Ile można przekazać dziecku podczas jednej godziny w tygodniu? Niewiele, prawda? Dlatego potrzebne jest uzupełnianie się między rodzicami i nauczycielami. Jak to zrobić?
  • Zadawaj dzieciom "coś do domu". Może to być obrazek do pokolorowania, werset do nauczenia i tym podobne.
  • Zaangażuj rodzica do przygotowania przedstawienia świątecznego. Dzieci tylko na szkółce nie nauczą się tekstu kolęd, bo jest na to za mało czasu. No i potrzebna będzie pomoc przy przygotowaniu kostiumów!
  • Niech będzie taki okres w roku, kiedy nie ma zajęć zorganizowanych dla dzieci (najlepiej wakacje). W tym czasie to rodzice będą musieli zając się podczas nabożeństwa swoimi pociechami. Myślę, że dobrym sposobem jest ustalenie dyżurów wśród rodziców - wtedy mogą docenić bardziej to, co robią dla nich nauczyciele. W naszym kościele posunęliśmy się o krok dalej - również w ciągu roku szkolnego będzie kilka takich niedziel, kiedy za zajęcia dla dzieci będą odpowiadali rodzice.
Po trzecie - nie przesadzaj!

Praca wśród dzieci to twoja służba i twoja pasja. Rodzice - mimo, że są rodzicami - nie muszą tego kochać (tej służby, nie swoich dzieci :D). Prócz tego - oni są ze swoimi dziećmi cały tydzień i czasem po prostu chcą posłuchać kazania. Dlatego nie wymagaj zbyt wiele. Odpuść, jeśli notorycznie nie przynoszą zeszytu dziecku i przemyśl, czy w przyszłym roku nie zmienić systemu na zeszyty stacjonarne, które będą uzupełniane tylko na szkółce i dzieci będą je zabierać dopiero na koniec roku. Nie napiętnuj nienauczonych wersetów i niepokolorowanych obrazków - owszem, to, że jest to nie zrobione to wina rodziców, zwłaszcza w przypadku małych dzieci, ale napominanie nie przyniesie wymiernych efektów. Jeśli nie ma w nich chęci to i tak nie będą tego robić, więc moze lepiej zrezygnować na jakiś czas z tej części szkółki na rzecz rozbudowania na przykład nauki piosenek? Trzeba być elastycznym i metody dostosować nie tylko do dzieci, z którymi się pracuje, ale też do ich rodziców.

Życzę powodzenia i owocnej współpracy, na ten nowy rok szkolny! Sobie również :)

sobota, 14 czerwca 2014

Porozmawiajmy: Dokąd zmierzamy?

Miałam dziś pisać zupełnie o czymś innym, ale przeczytałam ten artykuł. I nie mogę zostawić tego bez komentarza.

Wiele rozmawiałam ostatnio z człowiekiem, który jest bardzo zaangażowany w służbę wśród dzieci, od wielu lat. Jedną z najważniejszych prawd, które wyniosłam z tych rozmów, jest to, że Kościół powinien służyć Bogu całymi pokoleniami. Jak najbardziej się z nim zgadzam - w końcu z Księdze Jozuego (24:15) jest mowa o tym, że służyć będzie Bogu cały dom: cały to nie znaczy tylko mama, tylko tata, czy tylko rodzice. Cały dom to również małe dzieci i zniedołężniali starcy, każdy tak jak umie, wszyscy RAZEM.

Przez pewien czas nie udzielałam się w służbie - miało to związek z emigracją, zamążpójściem, potem ciążą, maleńkim dzieckiem, drugą ciążą i już dwójką dzieci. Trwało to jakieś cztery lata. W tym czasie zmieniło się wiele i odkrywając te zmiany coraz szerzej otwieram oczy. Kiedy "odchodziłam na urlop" zostawiłam za sobą zajęcia biblijne, szkółki niedzielne, dzieci poznające Biblię i ewangelizowane. Teraz bardzo aktywnie szukam materiałów, artykułów i pomysłów na temat pracy wśród dzieci i zaskakuje mnie to co znajduję.

To nie jest tak, że nie idę z duchem czasu. Że mam coś przeciwko prezentacjom multimedialnym, nagłośnieniu podczas uwielbiania albo perkusji. Aż taka stara to nie jestem... Ale KOŚCIÓŁ DZIECIĘCY? Poważnie? Zaszliśmy w miejsce, gdzie już nawet w Kościele rodzina jest nieważna? Dlaczego rozdziela się dzieci z rodzicami na czas trwania całego nabożeństwa?

Autorka artykułu pisze, że Kościół dla dzieci to nie „przechowalnia” dla maluchów na czas niedzielnego nabożeństwa. A dla mnie tym właśnie jest. Owszem - dzieci poznają tam Boga. Jest uwielbienie, nauczanie, wszystko jak w "prawdziwym" kościele. Ale dla mnie to zdejmowanie odpowiedzialności z rodziców. Dziecko cały tydzień chodzi do żłobka, przedszkola, szkoły i na zajęcia dodatkowe, a w niedzielę do Kościoła dziecięcego i rodzice nie muszą się już martwić nauka samodzielnego jedzenia, nocnikowaniem, czytaniem, zabawą, rozwojem duchowym. Są od tego specjalistyczne zajęcia.

Dzieci również potrzebują pokarmu duchowego, lecz dostosowanego do ich potrzeb i możliwości przyswajania
A i owszem. Pokarmu, znaczy nauczania. Od tego mamy szkółki. Moim skromnym zdaniem, wielu dorosłych też by ze szkółek skorzystało. W końcu jak Pan Jezus chodził po ziemi,to tak samo dzieciom jak i dorosłym opowiadał historyjki... No więc pokarm, czyli nauczanie to tak, tu się zgodzę, niewiele dzieci zrozumie coś z kazania. Ale co jest takiego strasznego w uwielbianiu, czego dziecko tam nie zrozumie? W zbieraniu kolekty? Być może nie do końca załapie wieczerzę, ale od tego są rodzice, by mu wytłumaczyć, a nie wiem dlaczego nie miałyby brać w niej udziału - w końcu wiele z nich jest nawróconych, a nawet ochrzczonych Duchem Świętym, niektóre też wodą. Dlaczego dziecko nie może być na nabożeństwie ze swoimi rodzicami?

W trakcie nabożeństw dzieci powinny przebywać w odpowiednim dla nich środowisku pod opieką doświadczonych i odpowiedzialnych nauczycieli i opiekunów.
No owszem. Ale co - rodzice są niedoświadczeni i nieodpowiedzialni? Kościelna ławka jest nieodpowiednia dla dzieci? Gryzie każdego poniżej 16 roku życia?

Podobno to - Kościół dla dzieci - działa i się sprawdza. Podobno. I owszem, w Kościele w którym jest na przykład tysiąc osób dorosłych, ciężko byłoby wysłać na przykład czterysta dzieci w połowie nabożeństwa na szkółkę. Ale w Polsce takich zborów nie ma... Rozumiem ideę nabożeństw dla dzieci, odbywających się raz w miesiącu na przykład. Kiedy to dzieci mają zajęcia przez cały czas trwania "normalnego" nabożeństwa i są to zajęcia bardziej rozbudowana, zbliżone do spotkania dla dorosłych. Rozumiem też ideę robienia nabożeństw rodzinnych, kiedy to podczas "normalnego" nabożeństwa śpiewane są dziecięce pieśni, a Słowo przekazywane jest prostym językiem, z elementami interaktywnymi. Rozumiem i popieram. Izolowanie dzieci od rodziców w trakcie nabożeństwo nie rozumiem i poprzeć nie mogę. Wmawianie rodzicom, że ktoś inny zadba o rozwój duchowy ich dzieci jest dla mnie karygodne.

A już najwięcej o samej autorce mówi ostatni akapit artykułu:
Dodatkowym atrybutem kościoła dziecięcego jest to, że służba dzieciom jest doskonałym miejscem wzrostu dla tych, którzy chcieliby wejść w służbę Bogu. Zabawa i nauka z dziećmi daje unikalną przyjemność oraz przygotowanie do organizacji i nauki w innych sferach życia Kościoła. Tych wszystkich, którzy uważają, że chcieliby służyć Bogu, zachęcam do rozpoczęcia służby z dziećmi. Kościół dla dzieci daje ogromne możliwości rozwoju i duchowego wzbogacenia. A przecież o to nam wszystkim chodzi! 

No skandal, jak dla mnie. To co - jak się służy dzieciom, to się nie służy Bogu? To jest jakiś gorszy rodzaj służby w Kościele? Na dzieciach można poeksperymentować? A potem, w zależności od wyników tych eksperymentów przenieść to co się sprawdziło na ten poważny, dorosły Kościół?

Ja tych wszystkich, którzy chcieliby zacząć zachęcam do robienia kawy po nabożeństwie albo wyświetlania pieśni, a nie do nauczania dzieci. Do służby dzieciom to zachęcam tych, którzy tego naprawdę chcą i którym na sercu leżą dzieci, a nie potrzebują od czegoś zacząć wspinaczkę po szczeblach kościelnej kariery.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Porozmawiajmy: Jak zacząć?

Powszechnie uważa się, że nauczycielami szkółek niedzielnych powinni być ci, którzy na codzień też uczą w szkole...

Być może ma to swoje plusy - ktoś taki ma przygotowanie pedagogiczne, zna sposoby efektywnego uczenia, wie jak wspomagać zapamiętywanie i tak dalej. Ale czy na pewno? Być może - biorąc pod uwagę to jak wygląda polskie szkolnictwo powinno być właśnie odwrotnie? Żeby nie robić ze szkółki drugiej szkoły? Ludzie, którzy przebywają z dziećmi codziennie, próbując ich czegoś nauczyć mają prawo odpocząć w niedzielę - Pan Bóg po stworzeniu świata odpoczywał. Niedziele nie mogą być dla nich kolejnym dniem pracy. Jeśli chcą uczyć również na szkółce - świetnie. Ale jeśli nie chcą - nie należy ich do tego namawiać. Bo z przymusu nie będzie efektu.

Na drugim biegunie są ci, którzy na codzień nie mają z dziećmi nic wspólnego. Nie są nauczycielami, opiekunkami, może nawet nie mają własnych dzieci. Czy to ich dyskwalifikuje? Oczywiście, ze nie! Bo najważniejsze jest to czy chcą.

Zacząć jest czasem ciężko. Nie wiadomo z czym to się je i jak się do tego jedzenia zabrać. Ale jeżeli ktoś chce to mu się uda!

Po pierwsze: przemyśl i przemódl.

Najważniejsza jest pewność. Musisz wiedzieć, czy tego chcesz i czy Bóg chce tego dla ciebie. Jeśli wpadłeś na to, bo po prostu lubisz dzieci - módl się i pytaj Boga, czy On też widzi cię w tym miejscu. Jeśli dostałeś słowo/proroctwo/masz przeczucie - daj sobie czas: żeby to przemyśleć, oswoić się z tym. Nic na siłę. Bo to jest tak, że jak się wejdzie służbę wśród dzieci to albo zostaje się na całe życie, albo rezygnuje się po kilku miesiącach i nigdy już nie wraca. Rezygnują ci, którzy nie byli pewni. Jeśli to na pewno twoje miejsce - wsiąkniesz na stałe (albo na dłuższy okres czasu, wiadomo, życie się może zmienić, powołanie też) i będzie ci to przynosić szczęście.

Po drugie - znajdź mentora.

Ktoś musi cię wprowadzić. Potrzymać za rękę, wytłumaczyć, nauczyć. Znajdź kogoś takiego, o kim myślisz, że jest dobry w tym co robi i zwróć się bezpośrednio do niego. Oczywiście, szkolenia są przydatne i dają bardzo dużo, ale jeszcze więcej daje nauka mistrz-uczeń. Mentor wprowadzi cię krok po kroku. Najpierw będziesz się przyglądać jak on to robi, potem, zadanie po zadaniu, będziesz wprowadzać w życie jego metody, wreszcie, pod jego kierunkiem opracujesz własne i na koniec być może go przerośniesz :)

Po trzecie - nie śpiesz się!

To nie są wyścigi. Nie trzeba umieć wszystkiego szybko i po dwóch miesiącach nauki już przeprowadzać własne szkółki. Mój proces nauki - "szkolenia nauczycielskiego" - trwał dwa lata - tyle minęło odkąd zaczęłam pomagać aż do pierwszej samodzielnie przeprowadzonej szkółki. Ale - należy zauważyć, że do roli nauczyciela przeszłam bezpośrednio od roli ucznia. Przez pewien czas nawet w czasie pierwszej połowy nabożeństwa byłam na zajęciach dla nastolatków, a podczas drugiej - pomagałam na szkółce dla młodszych dzieci. Więc w zasadzie moje przygotowanie do roli nauczyciela zaczęło się w momencie, kiedy pierwszy raz, jako małe dziecko poszłam na szkółkę! Do dziś stosuję metody, które zapamiętałam nie z czasu pomagania, ale z lat, kiedy sama byłam dzieckiem. Nauka to proces - dla każdego inny i zajmujący inny okres czasu. Daj sobie ten czas.

Bycie nauczycielem szkółki niedzielnej to wyzwanie. Ale wyzwanie dające dużą satysfakcję. Wyzwanie, które warto podjąć.

środa, 4 czerwca 2014

Porozmawiajmy: Jeszcze trochę o dzieciach w Kościele.

Pamiętacie ten tekst?

W ostatnią niedzielę, miałam w moim kościele prelekcję, właśnie na temat roli i traktowania dzieci w Kościele. Zostałam bardzo dobrze przyjęta, myślę, że dałam niektórym do myślenia.

Opowiadałam trochę o sobie, o tym czym powinna być szkółka i jaką ma rolę w wychowywaniu dzieci do służby Bogu. Mówiłam też o podstawowej roli rodziców i, właśnie, o tym jakie jest/powinno być miejsce dziecka w Kościele.

Jeśli spodobał Wam się ten tekst i jeśli chcielibyście w Waszych Kościołach przeprowadzić coś podobnego, by zwrócić uwagę dorosłych na dzieci, to mam go (tekst) dla Was, w formie prezentacji PowerPoint. Jest zupełnie prosta, czarne napisy na białym tle i piktogramy, a myślę, że spełnia swoją rolę. Do pobrania TUTAJ.

poniedziałek, 26 maja 2014

Porozmawiajmy: To, co jest trudne dla dużych może być proste dla małych!

Powszechnie uważa się, że ewangelizację powinno zaczynać się od Ewangelii, a czytanie Biblii od Nowego Testamentu, ewentualnie Psalmów. Jest w tym sporo racji - ludzie znają w jakimś tam stopniu, większym lub mniejszym historię świata i przy ewangelizowaniu ważne jest to, by pokazać im tę osobistą zależność mój grzech - moja śmierć, mój Jezus - moje zbawienie. Z kolei jeśli chodzi o czytanie to Nowy Testament i Psalmy są napisane po prostu łatwiej przyswajalnym językiem - nie ma tu rodowodów, wyliczeń i wyszczególnionych praw, jest czysta Boża chwała.

Nie mniej jednak, ta zasada odnosi się tylko do dorosłych. Kiedy ewangelizujemy lub uczymy o Bogu dzieci, jest zupełnie odwrotnie.

Mija się z celem opowiadanie, że Jezus przyszedł na świat po to, by nas zbawić jeśli nie wie się skąd wziął się świat, z czego i po co Jezus ma nas zbawiać i co to w zasadzie jest ten grzech, o którym ciągle mówią dorośli... A do tego dlaczego ten Jezus jeździł na osiołku i na obrazkach rysują go w sukience, skoro był chłopcem? Co to jest Izrael i dlaczego, skoro w historii występują królowie to nie ma mowy o rycerzach i księżniczkach? Co to w ogóle jest świątynia?

Nasze dzieci wychowują się w kulturze, u której podstaw leży kultura średniowiecza. Rycerze, zamki, księżniczki - to wszystko poznają z automatu. Biblia to jednak lektura bliskowschodnia - nasze dzieci nie wiedzą nic o pustyniach i życiu w namiotach czy glinianych domkach. Prosty przykład - dlaczego 6 stycznia jest święto Trzech Króli, skoro w Ewangelii wymienieni są Mędrcy? Bo królowie byli w naszej kulturze lepiej przyswajalni, tak myślę. Baśnie nasze, europejskie, nie maja nic wspólnego z historiami z Biblii. W takich samych realiach są osadzone baśnie bliskowschodnie, ale tych przecież zbyt często dzieciom nie opowiadamy. Ile jest bajek Disneya osadzonych w średniowiecznych realiach? Conajmniej kilkanaście. A na bliskim wschodzie dzieje się jedna - Alladyn.

Dlatego właśnie, zanim przystąpimy do ewangelizacji dzieci - moim zdaniem - powinniśmy zaznajomić je z realiami i światem przedstawionym Biblii. A do tego idealnie nadają się historie ze Starego testamentu. Opowiada się je jak baśnie - mówią o dzielnych ludziach i niesamowitych wydarzeniach, ale mają nad baśniami jedną, niezaprzeczalną wyższość: główną rolę gra w nich Bóg. A do tego stanowią fundament kulturowy, niezwykle ważny dla ewangelizacji dzieci. Bo które dziecko skupi się na istocie ewangelii, jeśli przy okazji będzie się zastanawiać kto to są Izraelici, skąd wziął się ten tajemniczy grzech, za który musiał umrzeć Jezus i dlaczego on chodził w sukience?

Stary Testament, choć bywa trudny do przejścia dla dorosłych, nie bez powodu jest na początku Biblii. Tak jak każdy dorosły nie bez powodu na początku był dzieckiem.

środa, 7 maja 2014

Porozmawiajmy: Dzieci w kościele

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym po co zabieracie dzieci do kościoła?

Czy po to by uczyły się o Bogu, poznawały go, spotkały się z Nim? Czy dlatego, że chodzicie całą rodziną, po prostu, a do tego nie macie ich z kim zostawić?

Pan Jezus powiedział, że mamy pozwolić dzieciom przychodzić do niego (Marka 10:14), więc zabieramy je do kościoła. Ale tam, często się zdarza, że dzieci zamiast siedzieć na nabożeństwie - biegają po korytarzach lub bawią się w salce z zabawkami. Dzieciom się nudzi, powiecie. Powiecie, że wiek ma swoje prawa. A ja powiem - owszem. Ale można to pogodzić.

Dzieci mogą spokojnie wysiedzieć godzinę uwielbiania, wystarczy się nimi zająć. Dzieci nie muszą biegać po korytarzach i bawić się w salce. Dzieci młodsze mogą się bawić. Przy rodzicach, jednocześnie słuchając tego, co dzieje się na nabożeństwie, Dzieci starsze mogą śpiewać i modlić się.

Dzieci nie rozumieją, powiecie. A ja zapytam: skąd ta pewność? Nie wiemy ile dzieci rozumieją. A jeśli Jezus powiedział, że mamy im pozwolić, to myślę, że rozumieją więcej niż nam się wydaje.

Dzieci słyszą wszystko. W pierwszych latach życia mózg nastawiony jest na naukę i maluchy chłoną każdą informację jak gąbka. Nie zabierajmy im możliwości słuchania Słowa Bożego.

Dla dzieci jest szkółka, powiecie. Tak, szkółka jest dla dzieci. Tak jak spotkania młodzieżowe są dla młodzieży. Są spotkania dla kobiet i dla mężczyzn, spotkania dla osób starszych, grupy domowe i spotkania modlitewne. Ale czy ci wszyscy, którzy na nie chodzą nie uczestniczą w nabożeństwach? Wiec dlaczego bronimy tego naszym dzieciom?

Winston Churchill powiedział, że nie ma lepszej inwestycji dla narodu niż napełnienie dzieci mlekiem. To dlatego teraz w Wielkiej Brytanii dzieci mają darmowe lekarstwa, za darmo jeżdżą autobusem i co tydzień dostają od państwa jakąś tam kwotę, niezależnie od sytuacji materialnej rodziców. A ja go sparafrazuję i powiem, że nie ma lepszej inwestycji dla Kościoła niż napełnienie dzieci Słowem Bożym. Zgodzicie się ze mną? Więc dajmy dzieciom darmowe uczestnictwo w uwielbieniu Boga, darmową możliwość słuchania i nauki.

Polecam ten artykuł i ten filmik.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Porozmawiajmy: Mój przepis na udane zajęcia biblijne.

Wiecie, że moja rodzina nawet nie wie kiedy przygotowuję się do szkółki? A to dlatego że większość mojego przygotowania to myślenie. Najlepsze pomysły przychodzą pod prysznicem i w trakcje zmywania naczyń - to chyba wpływ nawilżenia :) Jak mam mieć szkółkę, to myślę o niej cały tydzień - w sobotę tylko przypominam sobie historię biblijną i szykuje półprodukty potrzebne do prac plastycznych i opowiadania, ewentualnie spisuję konspekt. Ciężko jest wymyślić coś fajnego kiedy siada się i tylko myśli - patrzenie w stół nie jest inspirujące.

Idealne zajęcia spełniają kilka warunków:
  1. Muszą być jednotematyczne - jeśli opowiadamy jakąś konkretna historie, to wszystko inne co dzieje się na szkółce powinno być związane z tą historią: praca plastyczna, zabawy, werset, nauka nowej piosenki. Wszystko po to, żeby dzieci jak najlepiej zapamiętały o czym opowiadałam. Jeśli na przykład lekcja jest o stworzeniu świata, to uczymy się piosenki "Kto stworzył", próbujemy różnych owoców i warzyw, które stworzył Bóg, bawimy się w udawanie zwierzątek itp.
  2. Muszą być zróżnicowane - przedszkolaków nie sposób posadzić na godzinę przy stole i w tym czasie opowiadać historię, robić wycinanki i uczyć się wersetu. Bo umrą z nudów! Zasada jest prosta - należy jak najczęściej zmieniać pozycję. Dlatego w sali przeznaczonej dla przedszkolaków powinno być dużo miejsca - wtedy przy modlitwie można stanąć w kółku, przy historii usiąść na podłodze, a w czasie zabaw trochę się poruszać, żeby potem znów usiąść przy stoliku i zrobić coś z papieru, a na koniec na stojąco nauczyć się piosenki.
  3. Historia biblijna to nie tylko słowa i obrazki. Zilustrować można opowieść na wiele sposobów. Może zbudować coś razem z dziećmi albo dla dzieci? Może zainicjować przedstawienie? Role mogą odgrywać dzieci, którym opowiadamy na bieżąco co mają robić (np. kapłanów chodzących wokół Jerycha), albo poproszona o pomoc młodzież. Na temat technik opowiadania historii biblijnych napiszę osobną notkę :)
  4. Praca plastyczna musi być atrakcyjna. Pisałam już o tym w niedzielę - obrazki do kolorowania są nudne. Najlepsze są takie prace, którymi można się w drodze do domu pobawić :)
  5. Wykorzystujmy wszystkie zmysły dzieci - nie tylko słuch i wzrok. Szkółka o zesłaniu manny? Przynieśmy jakieś małe płatki śniadaniowe, które mogą mannę udawać i dajmy im je do zjedzenia. A może o Jonaszu? Dajmy im powąchać jak pachną sardynki, przecież w brzuchu wielkiej ryby nie tylko było ciemno i mokro, ale też musiało strasznie śmierdzieć. 
  6. Ruch pomaga zapamiętać. Dlatego właśnie piosenki dla dzieci najczęściej są z pokazywaniem. A może werset też da się jakoś pokazać? Jeśli nie - zawsze można powtarzać go raz głośno, raz po cichu, raz skacząc, a raz stojąc na palcach.
Oczywiście nie każda szkółka musi mieć wszystko. Historię można też opowiedzieć zwyczajnie - pokazując obrazki w książce, a w ramach pracy plastycznej można pokolorować czasem obrazek. Najważniejsze jest to, żeby przeplatać - niestandardowo opowiedziana historia może być uzupełniona kolorowanką, a opowiadanie ilustrowane tylko obrazkami z dziecięcej Biblii - jakąś rozbudowaną i "wypasioną" pracą plastyczną. 

Jedno o czym trzeba jeszcze pamiętać to zasada "hook-book-look-took" (dosłownie z angielskiego: "haczyk - książka - patrzeć - wziął"). Poznałam ją na szkoleniu dla... liderów młodzieżowych. Odnosiła się bardziej do metaforycznych przeżyć (patrzeć w sensie znaleźć przykłady w życiu, wziąć w sensie w życie wprowadzić), ale tu jest jak najbardziej na miejscu z znaczeniu dosłownym:

  • Hook - każde zajęcia biblijne należy zacząć od zainteresowania czymś dzieci, "zahaczenia". Musi być to coś luźno związane z historią.
  • Book - to nic innego jak właśnie historia biblijna - żywe Słowo Boże.
  • Look - historię trzeba zilustrować, bez tego dzieci nic nie zapamiętają (będzie na ten temat osobna notka!)
  • Took - ze szkółki trzeba zabrać coś do domu - pomoże to dzieciom w opowiedzeniu rodzicom o czym się dowiedzieli i w zapamiętaniu historii.
Mam nadzieje, że moje rady się Wam przydadzą :)

sobota, 19 kwietnia 2014

Porozmawiajmy: Kim jestem i czym się zajmuję?

Mam na imię Emilia i jestem nauczycielem szkółki niedzielnej. 

Na pierwszą szkółkę jako pomocnik poszłam od razu jak tylko przestałam chodzić tam jako uczeń. Miałam wtedy jakieś 12 lat. Nie mogłam inaczej – uczyła moja starsza o jedenaście lat siostra, moja mama (wiele lat była liderem) i mój tata. Wychowana w takim domu po prostu nie potrafiłam robić nic innego. W wieku lat 14 przeprowadziłam pierwszą lekcję samodzielnie. Od tego czasu już nie umiałam funkcjonować nie ucząc i niezależnie w jakim kościele byłam, zawsze moją służbą były dzieci. Najczęściej maluchy, bo w takiej grupie wiekowej czuję się najlepiej, ale miałam też epizody z dziećmi starszymi. Teraz mam lat 27 i niedawno, po trzyletniej przerwie na odchowanie moich własnych dzieci (Wojciech - 3 lata i Łucja – rok), wróciłam do gry: grupę maluchów w moim Kościele tworzę od podstaw, mam pod opieką około 12 dzieci w wieku od 2,5 do 6 lat.

Przez całe 10 lat mojej pracy z dziećmi głównie musiałam przerabiać lekcje z książek dla starszych dzieci lub wymyślać zajęcia sama, opierając się tylko na Biblii. To jest możliwe, choć może być trudne. Jest trudne na przykład wtedy, kiedy własne dziecko ząbkuje i przydałby się jakiś awaryjny scenariusz, bo cały tydzień nie masz jak się zastanowić nad tym jakie zabawy utrwalą dzieciom historię biblijną. Jest tez trudne, kiedy jesteś początkującym nauczycielem i zwyczajnie nie wiem z czym to się je. I jest trudne, kiedy trzeba wymyślać tydzień w tydzień, co niedzielę, przez rok, dwa, trzy...


Książki dla takich maluchów w zasadzie nie występują. Jeśli już można coś znaleźć to pojedyncze lekcje, a to nie urządza nauczyciela na „pełen etat”. Bo jak robić szkółkę dla tak wymagających dzieci jakimi są młodsze przedszkolaki w oparciu o kilka lekcji? Więc jak już przerabiałam i wymyślałam, i trochę mi się tych pomysłów nazbierało, to postanowiłam je udostępnić innym, takim jak ja. I ten blog ma wszystkie te pomysły zebrać i uporządkować. Żeby nauczycielom zajmującym się maluchami było już łatwiej i przyjemniej uczyć dzieci. By czerpali z tego radość a nie odchodzili z frustracją. I, żeby rodzice, chcący uczyć swoje dzieci w domu mieli od czego zacząć.