Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla rodziców. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dla rodziców. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 czerwca 2018

Biblioplastyka: Instrumenty muzyczne

W moim ostatnim filmie, w których mówiłam o zabawach na zajęciach biblijnych, wspomniałam o instrumentach - że się przydają i że się warto zaopatrzyć...


No i jasne - fajnie by było, mieć całą szafę różnych instrumentów, zaopatrzyć każde dziecko w gitarę, albo chociaż ukulele i razem z nimi śpiewać i grać, i wielbić Boga na zajęciach. Tylko niestety instrumenty są drogie. Co wtedy?

Wtedy odrobina kreatywności i robimy instrumenty sami przed zajęciami, albo w trakcie zajęć - razem z dziećmi. Wcale nie jest to takie trudne! Tutaj zebrałam dla Was kilkanaście przepisów na instrumenty robione w domu, z ogólnodostępnych materiałów. Po prostu klikacie w obrazek i przenosi Was do strony/bloga, na którym znajdziecie instrukcję, jak to zrobić. A często są to posty zbiorcze, więc klikacie w jeden, a znajdujecie całą masę inspiracji. I wszystko po polsku! Miłego muzykowania!

czwartek, 28 września 2017

Czas na refleksję



Dawno nic tu nie pisałam. To dlatego, ze staram się rozkręcić kanał Małego Kościoła na YouTube. Chciałabym, żeby filmy pojawiały się raz w tygodniu, ale wiadomo - raz jest lepiej, a raz gorzej. Dniem filmowym ogłosiłam czwartek. Tyle,że dziś jest czwartek, a filmu jakoś nie ma... Jestem za to tutaj. To nie to, że blog stał się teraz niekochanym dzieckiem - jest tu mnóstwo treści, do których możecie wracać. Czasem też pojawią się nowe posty. I dziś właśnie pisze do Was, zamiast mówić.

Jest to bezpośrednio związane z tym dlaczego nie ma dziś filmu, chociaż jest czwartek. Film miał być - i to ambitny, dlatego cały czas nad nim pracuje. Zaczęłam od przetłumaczenia lekcji z książki Jerome W. Barrymana - podręcznika do Godly Play. Tak jak mówiłam w jednym filmie, Godly Play wymaga ode mnie większej ilości pracy i zaangażowania. Dopiero zaczynam poruszać się po tym gruncie i wszystkiego się uczę. Uczę się też tłumaczenia i niestety idzie mi to wolniej niż przewidywałam. No i zaczynając przeliczyłam się z objętością jednej lekcji...

Nie mniej jednak, Godly Play fascynuje mnie coraz bardziej. Głownie ze względu tego wspomnianego w tytule czasu na refleksje. I mogłoby się wydawać, że tłumaczenie tekstu jest pracą dość mechaniczną - czytasz zdanie, określasz jego sens, starasz się jak najwierniej przełożyć je na inny język. Ale fascynujące jest to, że tekst który przekładam zaczyna sam we mnie pracować. Te zdanie to nie tylko historia, którą staram się opowiedzieć - to prawda, która zaczyna zapuszczać we mnie korzenie. Kiedy czytam i tłumaczę to, na jakie okresy dzieli się rok liturgiczny (bo taką lekcję aktualnie tłumaczę), zaczynam zastanawiać się nad wydarzeniami, które doprowadziły do tego podziału.

Tajemnica Bożego Narodzenia.
Tajemnica Wielkanocy - większa i ważniejsza.
Tajemnica Pięćdziesiątnicy.

Trzy wspaniałe dni, opisane w taki sposób, ze czuje się ich nieprzeciętność. Pełna powtórzeń, prosta opowieść, podkreślona nieskomplikowanymi gestami, która właśnie dzięki tej prostocie trafia centralnie w środek serca. Spokojne tempo tekstu, którego po prostu nie da się czytać szybko i niedbale, wymusza nawet na kimś kto normalnie połyka treść całymi akapitami, żeby zatrzymał się i zastanowił. Zupełnie nie dziwię, że te historie - prosto z Biblii i w opracowaniu Barrymana nazywa się czasem opowieściami dla duszy.

Jestem wdzięczna Bogu, za możliwość pracy z tymi materiałami. Jestem wdzięczna, że spotkałam je na mojej drodze. Wierzę, że jest to coś co jest ważne i potrzebne. Zrobię ile w mojej mocy, by pokazać je innym.

czwartek, 23 marca 2017

Porozmawiajmy: Po co komu rok liturgiczny?

Przyszła dziś do mnie - pocztą - książka. O Godly Play. Ponieważ po warsztatach, o których już wspominałam, do nadal trwam w zachwycie nad tą metodą, postanowiłam się dokształcić. Na pierwszy ogień, cokolwiek dziwnie, ale zgodnie z poleceniem prowadzącego warsztaty, poszła druga część ośmioczęściowego przewodnika autorstwa Jeroma W. Berrymana.

Źródło

No i czytam sobie. Przeczytałam wprowadzenie, przeczytałam czym ma się zajmować osoba opowiadająca historię i pomocnik, przeczytałam jak powinna wyglądać idealna sala, przeczytałam jakie części składają się na całość zajęć, doszłam do pierwszej lekcji...

I pomyślałam sobie: Zaraz, zaraz. Jestem zielonoświątkowcem. Obce mi są kolorystyczne oznaczenia poszczególnych niedziel w roku. Czy naprawdę aż takie znaczenie ma rok liturgiczny, żeby o tym miała być pierwsza lekcja? Przecież Godly Play miało się różnić od Katechezy Dobrego Pasterza. Ja nie chcę uczyć dzieci o meblach i kolorach, tylko o Bogu!

Ale przeczytałam. W trakcie czytania fabuła wciągnęła mnie tak bardzo, że nie mogłam się doczekać co będzie dalej.

Dlaczego?

Dlaczego wciągnęły mnie aż tak te kolorki?

Może zacznę od tego, że... Żyjemy w cyklach. I nie, nie tylko kobiety. Wszyscy, absolutnie wszyscy, od urodzenia aż do śmierci. Jest cykl tygodniowy, kiedy w pewne dni chodzimy do pracy/szkoły/przedszkola, zależnie od wieku, a w pewne dni odpoczywamy i chodzimy do kościoła. Jest cykl miesięczny, który dotyka w zasadzie bardziej tę część społeczeństwa, która w takim trybie dostaje wynagrodzenie za swoją pracę. I wreszcie jest cykl roczny, cykl pór roku, roku szkolnego dla uczących się i świąt, niezależnie od przynależności religijnych.

Kościoły, zależnie od denominacji, albo swój roczny cykl celebrują, albo zaniedbują. I o ile nie mam nic wspólnego z kościelnymi kolorami, bo w zasadzie w życiu nie należałam do żadnego kościoła który by ich używał i pierwszy raz w ogóle odkryłam, że coś takiego w ogóle istnieje jak byłam już całkiem dorosła, to nie uważam również, że totalne zaniedbanie w tej kwestii jest dobre.

Jest złe. Bo o ile nie da się przeoczyć zbliżającego się Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, to już spotkałam się z zapominaniem w kościołach, że właśnie są Zielone Świątki. Albo prowadzący nabożeństwo w popłochu odkrywał, że jest Niedziela Palmowa, tylko dlatego, że dzieci ze szkółki wracały z papierowymi liśćmi palmowymi. A jak już jesteśmy przy Bożym Narodzeniu to może warto byłoby wykorzystać czas zwany w tradycyjnych kościołach Adwentem na przygotowanie się duchowe do Świąt, zamiast narzekania, że teraz to się tak wszystko skomercjalizowało, że święta zaczynają się w listopadzie...

Nie przekreślajmy Kościelnego Koła Roku, jak nazwał to Berryman, tylko dlatego, że jesteśmy teraz charyzmatyczni. Weźmy dla siebie to co dobre. Celebrujmy, przeżywajmy, zastanawiajmy się nad wydarzeniami z życia Jezusa. I uczmy tego nasze dzieci, pamiętając, że im łatwiej będzie zapamiętać to, co zostanie im podane w ciekawy sposób, przedstawione wizualnie, a nie tylko zakomunikowane.

sobota, 11 marca 2017

Porozmawiajmy: Opowieści dla duszy

Uczestniczyłam dziś w warsztatach dotyczących Godly Play.

Źródło
Godly Play to protestancka odmiana Katechezy Dobrego Pasterza, czyli edukacji biblijnej opartej na metodzie Marii Montessori i jej następczyń, z powodzeniem praktykowana zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Stanach Zjednoczonych.

Poszłam tam z ciekawości - moją pasją jest poznawanie różnych metod docierania z Ewangelią do dzieci, dlatego nie mogłam nie iść, skoro tylko nadarzyła się okazja. W zasadzie myślę, że gdyby nie istniała protestancka wersja, a tylko miałabym okazję uczestniczyć w warsztatach Katechezy Dobrego Pasterza, to poszłabym na nie mimo, że jestem zielonoświątkowcem w zasadzie od urodzenia i z Kościołem Katolickim miałam w swoim życiu do czynienia tyle co nic. Choćby po to, żeby potem przerobić to "na nasze". Na szczęście już ktoś przerobił, a ludzie podobni do mnie mogą z tego korzystać.

Zajęcia Godly Play, które prowadzący nazywał też "opowieściami dla duszy" (mówi tak o nich, kiedy prowadzi zajęcia z dorosłymi, bo słowo play - zabawa - nie bardzo pasuje), można streścić w pięciu punktach.

  1. Przywitanie i utworzenie koła
  2. Opowieść (ilustrowana bardzo prostymi pomocami, takimi jak drewniane klocki, sznurek, drewniane ludziki bez twarzy, kamienie)
  3. Rozmowa (opiera się na czterech pytaniach: co ci się najbardziej podobało? Co było twoim zdaniem najważniejsze? gdzie widzisz siebie w tej opowieści? Czy moglibyśmy pominąć cokolwiek, żeby historia nie straciła sensu?)
  4. Zajęcia, pomagające skupić się na opowieści (samodzielne! Dzieci dostają do dyspozycji materiały i mają za zadanie zrobić cokolwiek, co tylko chcą, co pomoże im zapamiętać usłyszaną historię. Nikt nie pyta ich dlaczego akurat to zrobiły ani co to dla nich znaczy)
  5. Poczęstunek (pozwala skupić uwagę dzieci z powrotem na prowadzącym i zakończyć zajęcia modlitwą)

Poszłam na te warsztaty i się zachwyciłam. Pomyślałam sobie: to jest to! Tego właśnie brakuje współczesnym kościołom charyzmatycznym, szczególnie na zajęciach dla dzieci.

Jak to? Czegoś brakuje? Niemożliwe! Mamy historie biblijne, mamy zajęcia plastyczne, mamy piosenki i zabawy tematyczne, które pomagają zapamiętać historię. Mamy kościoły dziecięce, w których dzieci z serca uwielbiają Boga i są chrzczone Duchem Świętym. Uczymy dzieci modlić się, przekazujemy podstawy wiary, opowiadamy o najważniejszej na świecie książce, którą niewątpliwie jest Biblia. Mamy wszystko!

Ale czy na pewno? Czy pytamy dzieci co im się podobało? Co ich zdaniem jest najważniejsze? Gdzie widzą siebie? Czy to wszystko w ogóle jest potrzebne?

Czy dajemy dzieciom czas na refleksję? Na przemyślenie i utrwalenie prawdy, którą samo odkryło w historii? Czy w ogóle pozwalamy im odkrywać cokolwiek samodzielnie w tej historii, czy raczej podajemy im centralną prawdę na tacy, bo tak jest i już? Czy nie zachowujemy się trochę jak władza Kościoła, kiedy w czasach inkwizycji paliła na stosach za czytanie Biblii? W którym momencie kończy się przewodnictwo a zaczyna agitacja?

Mam szczerą nadzieję, że my, nauczyciela i my, rodzice, nie zaszliśmy jeszcze tak daleko. Mam szczerą nadzieję, że ja jeszcze tak daleko nie zaszłam. Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno by pozwolić dzieciom myśleć.

Pozwólmy dzieciom myśleć. Po to mają mózgi.

A jeśli jesteście zainteresowani metodą Godly Play - dajcie znać, to chętnie napiszę więcej.

środa, 20 stycznia 2016

Pomysł na: Biblijne Pudełko

Witam was po długiej przerwie :) Czas świąteczny nie sprzyja blogowaniu, ale jestem wreszcie z powrotem. I przychodzę do was z całkiem nową, świeżą propozycją!

Marzę -  w związku z moim rozwojem w kwestii nauczania dzieci - o dwóch kursach. Pierwszy to tworzenie figur biblijnych, a drugi to Godly Play, czyli protestancki odpowiednik Katechezy Dobrego Pasterza - zajęć biblijnych przeprowadzanych metodą Montessori. O ile mam pewność, że pierwszego z nich nie uda mi się zrobić w tym roku, to ciągle liczę na to, że chociaż na jednodniowy Godly Play uda mi się wybrać, choć na razie żaden nie jest przewidziany blisko Londynu...

Nie mniej jednak, metoda ta bardzo mnie interesuje i staram się - w miarę możliwości - wprowadzać na moje zajęcia jej elementy. Są to na przykład stacje, których użyłam kiedyś w czasie lekcji wielkanocnej lub lekcji o Jozjaszu, lub zabawa w budowanie świata przedstawionego, o której możecie poczytać tutaj. Nie jest to jeszcze pełne, nie pozwala mi na to miejsce, którym dysponujemy w czasie zajęć z dziećmi na nabożeństwach, ale czerpię inspiracje. I jedną taką inspiracją jest Biblijne Pudełko.

Czym jest Biblijne Pudełko? To po prostu pudełko z zabawkami. Z takimi zabawkami, które przydają się na zajęciach biblijnych, czyli na przykład:

  • zestaw zabawek "Arka Noego",
  • drewniane lub plastikowe drzewka,
  • łódka
  • jakieś zwierzątka, któe często występują w historiach biblijnych, na przykład owieczki, osiołek, rybki czy wielbłąd
  • ludziki, na przykład peg doll, ubrane na "biblijny sposób",
  • rekwizyty symbolizujące postacie biblijne, na przykład takie jak wiesza się na drzewko Jessego,
  • drewniane lub plastikowe klocki,
  • chusty w kolorach ziemi i wody, przydatne do tworzenia tła,
  • wycięte  filcu elementy, na przykłąd ścieżka,
  • kamienie, trochę piasku, gałęzie. sieć itp.
Po co to wszystko? Po to, by tworzyć tematyczne miejsce do zabawy. Lub po prostu w ciekawy sposób zilustrować historię, którą opowiadamy. Czasem, jeśli mamy dzieci, łatwo jest znaleźć elementy potrzebne na zajęcia. Ale jeśli tych dzieci w domu nie ma może to być wyzwanie. Dlatego zachęcam Was do tworzenia takich Biblijnych Pudełek, i to nie tylko na szkółkę! Również dla Waszych dzieci, w domu, bo niby dlaczego nie miałyby się bawić w odtwarzanie historii z Biblii? Ja dotychczas wszystkich elementów potrzebnych na konkretne zajęcia szukałam w sobotę, dzień przed zajęciami. Ale teraz jestem w trakcje tworzenia takiego pudełka, z którego na codzień będą korzystać moje dzieci, a w czasie przygotowywania się na zajęcia ja będę miała ułatwione zadanie, bo wszystko będzie w jednym miejscu!

wtorek, 1 grudnia 2015

Drzewko Jessego

Słyszeliście o nim? Prócz tego, ze jest to motyw w sztuce, artystyczne wyobrażenie drzewa geneologicznego Jezusa, który swą nazwę wziął z wersetu z Izajasza 11:1, to jest to też adwentowa tradycja polegająca na codziennym przypominaniu sobie o tym, co było przed Jezusem. Każdego dnia czyta się odpowiadający poszczególnym osobom fragment z Biblii, a symbol zawiesza się na przygotowanej gałązce. Najlepiej, żeby była to żywa gałąż z drzewa owocowego - wsadzona do wody na początku adwentu powinna zakwitnąć do Bożego Narodzenia.

Adwent zaczął się dwa dni temu, ale my nasze Drzewko Jessego zaczęliśmy dopiero dziś. W naszym kościele nie obchodzi się adwentu w uroczysty sposób, więc ja za jego początek zawsze przyjmuję pierwszy dzień grudnia. Nasza gałąź nie jest żywa i nie stoi w wazonie - wisi na ścianie. Ale chyba ważniejsze jest to co znajdzie się na niej i czas poświęcony na przypomnienie sobie historii biblijnych. Mamy też kalendarz adwentowy, w formie małych domków. W każdym z nich dzieci znajdują słodkości i pytanie, na które odpowiedź uzyskają po wysłuchaniu historii biblijnej.


Dzisiejszym tematem było stworzenie świata. Przyznam, ze odbyło się trochę po łepkach, gdyż na ostatnią chwilę szukaliśmy gałęzi i dopiero dziś wieczorem pakowałam niespodzianki do kalendarza. Tylko Ziemia była gotowa wcześniej - uszyłam ją z filcu, tak jak i inne symbole. Na razie gotowych mamy tylko kilka, resztę będę doszywać na bieżąco.



Co znajdzie się na naszej gałęzi?
  1. Ziemia - symbol stworzenia świata przez Boga.
  2. Jabłko - symbol zakazanego owocu zjedzonego przez Adama i Ewę.
  3. Tęcza - symbol przymierza Noego z Bogiem.
  4. Gwiazdy - symbol obietnicy licznego potomstawa danej Abrahamowi przez Boga.
  5. Baranek - symbol ofiary złożonej przez Abrahama Bogu zamiast Izaaka.
  6. Drabina - ze snu Jakuba.
  7. Kolorowy płaszcz - ten, który nosił Józef.
  8. Płonący krzew - w którym Bóg objawił się Mojżeszowi.
  9. Kamienne tablice - przykazania dane Izraelitom przez Boga.
  10. Trąba - symbol zburzenia Jerycha.
  11. Dzban i chowana w nim pochodnia - symbolizuje Gedeona.
  12. Kłos zboża - taki jakie Rut zbierała z pola Boaza.
  13. Ucho - symbolizujące Samuela, który słuchał Boga.
  14. Korona - króla Dawida.
  15. Ołtarz - symbol triumfu Boga Eliasza nad Baalem.
  16. Coś, co będzie symbolizować proroka Izajasza, jeszcze nie wiem co.
  17. Lew - z jaskini, do której został wrzucony Daniel.
  18. Ryba - ta, która połknęła Jonasza.
  19. Mur - symbol odbudowanej przez Nehemiasza Jerozolimy.
  20. Tabliczka i ołówek - na której Zachariasz zapisał imię swojego syna, Jana.
  21. Biały kwiat (lilia) - symbolizujący Marię.
  22. Ciężarna kobieta - Elżbieta.
  23. Młotek - narzędzie pracy cieśli, Józefa.
  24. Dzieciątko w żłóbku - mały Pan Jezus.
Wspomniałam, że w paczuszkach z kalendarza znajdują się pytania związane z historiami.




Jeśli dzieci znają odpowiedź - cieszą się, więc jest dobrze. Jeśli nie znają - jest to powód by uważnie wysłuchać historii i też jest dobrze. Moje propozycje pytań (nie mam jeszcze wszystkich, ale dzielę się tym co mam :D):
  1. Kto stworzył świat?
  2. Jak mieli na imię pierwsi ludzie?
  3. Co zbudował Noe?
  4. Jak liczne miało być potomstwo Abrahama?
  5. Co zamiast Izaaka ofiarował Bogu Abraham?
  6. Kto chodził po drabinie, która przyśniła się Jakubowi?
  7. Co dostał w prezencie od ojca Józef?
  8. W jaki sposób Bóg przemówił do Mojżesza?
  9. Ile było przykazań?
  10. Co robili ludzie chodzący dookoła Jerycha?
  11. Co Gedeon zostawiał na trawie?
  12. Co Rut zbierała z pola Boaza?
  13. Kiedy Bóg przemówił do Samuela?
  14. Kim był Dawid zanim został królem?
  15. Kto przynosił jedzenie Eliaszowi?
  16. ...
  17. Gdzie został wrzucony Daniel?
  18. Kto połknął Jonasza?
  19. Co odbudował Nehemiasz?
  20. Jak miał mieć na imię syn Zachariasza?
  21. Co powiedział Marii anioł?
  22. ...
  23. Kim był z zawody Józef, opiekun Pana Jezusa?
  24. Kto pierwszy odwiedził małego Jezusa?
Dlaczego warto zrobić coś takiego w domu?

Przede wszystkim jest to świetny sposób na przypomnienie sobie historii biblijnych i prawd w nich drzemiących. Dzieci dzięki temu, że coś takiego się dzieje nie będą skupiały się tylko na świętym Mikołaju i prezentach, ale przypomną sobie - lub dowiedzą się - kto przed nimi czekał na to pierwsze Boże Narodzenie. Jest to też dobre dla rodziców - przypomną sobie parę rzeczy i odkryją czego nie pamiętają. Na na przykład odkryłam, że mam straszne braki z Izajasza... I może to też być ciekawy sposób na spędzanie razem czasu, szczególnie jeśli nie ograniczymy się tylko do przeczytania historii z Biblii dla dzieci.

Co jeszcze można zrobić?
  1. Stwórzcie razem świat - użyjcie zabawek: zwierzątek, drzewek, lalek, a także kolorowych chustek i lampek: dużej na słońce, choinkowych na gwiazdy, lusterka jako księżyca.
  2. Spróbujcie różnych owoców. Może niejadki dadzą się przekonać?
  3. Zbudujcie arkę z kartonu i zapakujcie tam zwierzątka - tylko parami!
  4. Może wieczorem uda wam się zaobserwować gwiazdy na niebie? Jeśli jednak mieszkacie w dużym mieście lub będzie pochmurno i stanie się to niemożliwe - przygotuj dzieciom kartki z namalowanymi gwiazdami przy pomocy świeczki i daj czarną lub granatową farbę, by zamalowały tło.
  5. Zbudujcie ołtarz - na przykład z wypchanych gazetami papierowych torebek.
  6. Zróbcie papierowe aniołki - potem możecie powiesić je na choince!
  7. Może małe warsztaty tkackie? Albo projekcja Józefa, władcy snów.
  8. Obejrzyjcie razem Księcia Egiptu - to naprawdę świetny film.
  9. Spróbujcie nauczyć się dziesięciu przykazań - pomoc znajdziecie TU.
  10. Najpierw zbudujcie z klocków mury miasta, a potem je burzcie!
  11. Mały eksperyment - czy da się pomoczyć podłoże tak, żeby nie pomoczyć leżącej na nim waty? A odwrotnie?
  12. Znów propozycja filmowa. TU dostępna bardzo ładna wersja historii Rut i Boaza.
  13. Może zabawa w głuchy telefon? Albo zróbcie telefon z kubeczków.
  14. Niech każdy zrobi sobie własną koronę!
  15. Upieczcie chleb z mąki i oliwy, na przykład focaccię.
  16. ...
  17. Przygotujcie sobie maski lwów.
  18. Na stół narzućcie gruby koc i udawajcie, że jesteście w brzuchu wielkiej ryby.
  19. Macie jakieś kartony? Mogą też być poduszki. Zbudujcie z nich mur. 
  20. ...
  21. Może więcej aniołków na choinkę? A może nauczcie się kolędy?
  22. ...
  23. Zbudujcie stajenkę - na przykład z patyczków od lodów albo nawet z kartonu - to praca odpowiednia dla cieśli.
  24. Stajenkę trzeba wypełnić - ustawcie w niej żłóbek, Marię, Józefa, pastuszków, mędrców, zwierzęta i anioły. Nie zapomnijcie o gwieździe!
No, rodzice! Nie ma co czekać, grudzień ucieka! Nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć od jutra, a stworzenie świata i historię Adama i Ewy opowiedzieć jednego dnia. Symboli nie trzeba od razu szyć - można wydrukować, pokolorować i podkleić kartonem. Znajdziecie je na przykład TU. A co to za problem znaleźć gałąź? Przecież żaden. Myślę, że waszym dzieciom spodoba się, jeśli zrobicie razem coś takiego :)

niedziela, 20 września 2015

Pomysł na...: Duża Biblia na zajęciach dla małych

Powiem Wam szczerze, że dotychczas nie miałam żadnych przemyśleń na ten temat. Biblia służyła mi głównie w domu, podczas przygotowywania szkółki. Zawsze prowadziłam grupy maluchów, więc dorosła Biblia w czasie zajęć mało się przydawała - za trudny język, nieporęczny rozmiar kiedy trzeba przeczytać jeden werset... Ale zaczęłam ostatnio myśleć na ten temat i stwierdziłam, że Biblię - taką dorosłą, prawdziwą - trzeba pokazywać dzieciom od początku, a potem stopniowo zwiększać jej używanie. Muszę się w tej kwestii poprawić... A dla Was - i też dla siebie - przygotowałam etapy używania Biblii w czasie szkółki. Etapy, które wchodzą w życie wraz z dorastaniem małych szkółkowiczów.


  1. Etap rekwizytu. To chwila, kiedy zaczynamy pokazywać dzieciom Biblię. Przynosimy ją na szkółkę i mówimy maluchom, że historia, którą będziemy opowiadać, została napisana w tej księdze i jak wszystkie umieszczone tam historie jest prawdziwa. Dzieci często traktują opowieści biblijne jak bajki, więc tę prawdziwość trzeba podkreślać.
  2. Etap wersetu. Już przedszkolakom podczas zajęć można przeczytać jeden werset. Można spróbować nauczyć ich tego wersetu na pamięć, ale nawet jeśli nie chcemy tego robić, to dobrze jeśli dzieci będą widziały, że czytamy go z Biblii, a nie znaleźliśmy na suficie.
  3. Etap zabawy. Jakkolwiek dziwnie to brzmi - dajmy dzieciom pobawić się Biblią! Dzieci, które znają już litery i umieją już trochę czytać chętnie spróbują swoich sił podczas zabawy z Biblią: będą szukać wyrazów do łamigłówki albo na otworzonej przez nas stronie odnajdą i przeczytają podany werset.
  4. Etap czytania. To czas, kiedy dzieci już dobrze czytają - wtedy czytamy historię/fragment tekstu prostu z Biblii. Coś dla dużych dzieci.
  5. Etap chronologii. Kiedyś dawno temu dzieci na szkółce uczyły się na pamieć ksiąg biblijnych. Ja nie jestem fanem zakuwania na pamieć, raczej preferuję umiejętność wyszukiwania informacji. Ale i przy tym przyda się wiedzieć, że listy i ewangelie to Nowy Testament, historię o Abrahamie znajdziemy w I Mojżeszowej, jak otworzymy Biblię na środku to znajdziemy tam Psalmy, a historii Daniela szukać trzeba w dalszej części niż historii Rut.
  6. Etap zabawy zaawansowanej. To czas quizów i konkursów biblijnych, kiedy dzieci są w stanie znaleźć, mając do dyspozycji całą Biblię odpowiedź na pytanie (znaleźć, nie zakuć!). Wprowadza dreszczyk emocji :)
Oczywiście etapy mogą zmieniać kolejność - na przykład można zacząć dzieci uczyć o chronologii wydarzeń biblijnych zanim zaczną czytać całe historie na zajęciach, co często zaczynamy robić już w przedszkolu opowiadając historię w kolejności następowania po sobie w Bożym Słowie. A jeśli przegapiło się etap rekwizytu (jak ja...) to można też zacząć na etapie wersetu. Najważniejsze jest jednak, żeby Biblia na tych zajęciach w ogóle była - w sensie fizycznym, nie tylko wspomniana. A wtedy, mam nadzieję, będziemy oglądać takie obrazki:


środa, 10 czerwca 2015

Porozmawiajmy: Jak się modlić razem z dzieckiem?

Jedna z czytelniczek zapytała mnie w komentarzu czy mogłabym napisać o tym jak powinno się modlić...
Może dałabyś się namówić na post "jak powinna wyglądać modlitwa?" - przykładowo jakie modlitwy, czy rozmowa z PB itd. wszędzie jest że modlimy się wieczorem ale jak to robić - tego nie ma.
Przyznam szczerze, że nie jestem ekspertem od modlitwy. I zawsze jak muszę pomodlić się głośno to mnie to stresuje. Bo nie należę do tych, co to są wielomówni jak poganie ;) Szczęśliwie jest to blog o dzieciach, więc pytanie - tak zakładam - też jest o to jak modlić się z dziećmi. A tutaj już coś mogę powiedzieć.

Źródło
Ogólnie przyjęło się dzielić modlitwę na cztery części:

  1. Wielbienie
  2. Dziękczynienie
  3. Przepraszanie/Wyznawanie grzechów
  4. Prośby
I przyjęło się również, żeby utrzymywać tę kolejność.

Ma to logiczny sens - przecież gdybyśmy mieli audiencję u króla to nie wypalilibyśmy od razu "królu, daj nam więcej ziemi i zmniejsz podatki" - króla trzeba najpierw, przed taką prośbą, przebłagać. I chociaż nasz Król nie wymaga już od nas przebłagalnych ofiar, bo najważniejszą ofiarę złożył za nas na krzyżu Jezus Chrystus, to i tak wypalenie od początku modlitwy "Panie Boże daj mi nową pracę" jest odrobinę niegrzeczne. Nawet z koleżanką nie zaczynamy rozmowy od "daj mi", więc Bogu tym bardziej należy się szacunek.

Jeśli jednak rozmawiamy o modlitwie dziecięcej to tu najważniejsze jest zrozumienie. Jako dziecko kompletnie nie rozumiałam o co chodzi z tym wielbieniem. Bo przecież Pan Bóg chyba wie, że jest wielki i wspaniały, i miłosierny? Kierując się tym przy modlitwie z dziećmi łączę zawsze dwa pierwsze elementy, czyli na przykład zamiast mówić "Boże, Ty wszystko widzisz" modlimy się "dziękujemy Panie Boże, że zawsze się nami opiekujesz i zawsze na nas patrzysz". Albo zamiast mówić "Boże, jesteś miłosierny" - "dziękujemy, że nas kochasz". To pozwala na oswojenie boskich cech, przekłada je na bardziej zrozumiałe dla dzieci działania ze strony Boga.

Dalej jest już prosto, ale postaram się to jakoś usystematyzować... Na przykład w 5 zasad modlitwy z dzieckiem:
  1. Módlcie się własnymi słowami. Dziecko musi rozumieć o czym mówisz i dlaczego. Musi mieć to odniesienie do jego własnego życia, do konkretnych, nieoddalonych w czasie zdarzeń.
  2. Używaj prostego języka. Wzniosłe słowa zostaw zawsze na czas swojej własnej modlitwy. Zawsze dostosuj język do poziomu dziecka.
  3. Pierwsze modlitwy zapewne, drogi rodzicu, wykonasz samodzielnie. Być może, z czasem, dziecko zachce modlić się samo, ale na pewno nie należy go popędzać. Proponować - tak. Zastanawiać się przed modlitwą o czym chcemy porozmawiać z Bogiem - owszem. Zachęcać do tego by mówiło "Amen" jeśli się zgadza - jak najbardziej. Ale nie zmuszać. Wszystko przyjdzie w swoim czasie, najważniejszy jest przykład. O tym, co jeśli dziecko nie chce się modlić pisałam TU.
  4. No właśnie - zanim zaczniecie się modlić - porozmawiajcie. Zapytaj dziecko co je dziś ucieszyło, zasmuciło, czy zrobiło coś źle i się tym martwi, czy chciałoby czegoś. Jeśli dziecko samo nie wiem - pomóż, podawaj przykłady: "może chciałbyś podziękować Panu Bogu, że byłeś dziś u kolegi?", "myślę, że powinieneś przeprosić Pana Boga za swoje dzisiejsze zachowanie przy kolacji...(plus konkret)", "chciałabyś poprosić Boga o ładną pogodę na jutrzejszy piknik?".
  5. Potraktuj modlitwę z dzieckiem jak rozmowę miedzy dzieckiem, tobą i innym dorosłym. Dziecko może się wstydzić, być może coś powie, a może ograniczy się do kiwania głową. Z czasem będzie śmielsze, samo będzie wymyślać za co można podziękować i o co poprosić. Dajcie sobie czas i nie martwcie się. Bóg na pewno zrozumie co dziecko chciało mu powiedzieć!
Pamiętaj, że dziecko może dziękować za wszystko i prosić o wszystko co przyjdzie mu do głowy. Niezależnie jak absurdalne będą to dla ciebie rzeczy - ono ma do tego prawo. Na przykład mój syn dziękował dziś Panu Bogu za to, że całkiem nowy młodszy braciszek jego kolegi, którego byliśmy dziś oglądać ma łóżeczko. Dlaczego? Nie wiem, nie rozumiem. Ale nie muszę, ważne, że rozumie go Pan Bóg.

środa, 1 kwietnia 2015

Fotorelacja: Szkółka Wielkanocna

W Londynie komunikacja miejsca stoi na naprawdę wysokim poziomie. W zasadzie w obrębie trzech pierwszych stref jesteś w stanie dojechać wszędzie w ciągu godziny. Powyżej czwartej strefy należy dodać czas, który potrzebny jest na dojazd do centrum, ale aż do strefy piątej nie zajmuje on dłużej niż pół godziny, bo albo dojeżdża metro, albo pociągi które są naprawdę szybkie i jeżdżą często. Między innymi dlatego możemy pozwolić sobie na to by co niedzielę jeździć do kościoła oddalonego od nas o pięć stref (my mieszkamy w czwartej, nasz kościół na Ealing Broadway jest w trzeciej, więc - czwarta do trzeciej, trzecia do drugiej, druga do pierwszej, pierwsza do drugiej, druga do trzeciej) - zajmuje nam to półtorej godziny, ale idzie dość sprawnie.

Zazwyczaj.

Bo czasem przychodzą nawet w Londynie takie dni, kiedy lepiej jest nie wychodzić z domu alej niż na spacer do pobliskiego parku albo do własnego samochodu. Pierwszy z tych dni to 25 grudnia, kiedy nie jeździ kompletnie nic, a ekrany na przystankach zamiast rozkładu jazdy wyświetlają "Merry Christmas". Drugi to Wielkanoc.

Z tej przyczyny w Wielkanoc, choć to najważniejsze chrześcijańskie święto, nigdy nie ma nas na nabożeństwie. I z tej przyczyny szkółka okolicznościowa odbywa się zawsze w Niedzielę Palmową. I tak też było w tym roku, a ponieważ była to szkółka z fajerwerkami, to zapraszam na fotorelację i opis - być może przyda się Wam coś z tego na zajęcia w najbliższą niedzielę:

Tutaj - i na zdjęciu poniżej - możecie zobaczyć, że nie ma wymówki typu ciężkie warunki! Kościół w którym wynajmujemy salę jest teraz w trakcie generalnego remontu i salka, w której prowadzimy szkółkę bardziej przypomina składzik niż salę dla dzieci. Ale dajemy radę!
Za moimi plecami - jeszcze zamknięty - grób. Żółte klocki, które wzbudziły zainteresowanie dzieci zaraz po wejściu do sali musiały poczekać aż na sam koniec zajęć. Najpierw oglądaliśmy obrazki w książce, po to by później wiedzieć jakie scenki będziemy odgrywać.
Palmowe liście czekają na dzieci. Potem, już po szkółce, dzięki nim prowadzący nabożeństwo przypomniał sobie, że to przecież Niedziela Palmowa!
Machamy palmowymi liśćmi i wołamy "Hosanna"! Moja chusta wylądowała na ziemi, żeby osiołek, na którym jechał Pan Jezus nie skaleczył nóg o kamienie :)

Następna była ostatnia wieczerza...



A zaraz po niej wybraliśmy się do ogrodu Getsemane, gdzie czekał precel symbolizujący modlitwę* i łańcuch, który miał obrazować pojmanie Jezusa.


Tu prezentuję dzieciom jak kiedyś modlili się ludzie - wprawdzie to kiedyś to w średniowieczu, ale o to głównie chodzi w symbolice precla, a myślę, że symbol, który można zjeść zapada w pamieć lepiej niż tylko pokazany i dzięki temu zapamiętają lepiej co Jezus robił zaraz przed aresztowaniem.

Tomek zagrał w scenie aresztowanie Jezusa...

No i dotarliśmy do krzyża. Z pomocą dzieci wypisałam grzechy czarnym markerem, a potem zamazałam je na czerwono. Był też czas przeznaczony na modlitwę.

Potem otwarliśmy grób - i wiecie co się okazało? Że jest pusty!
Na koniec dzieci z żółtych klocków budowały pałac dla Pana Jezusa, który przecież teraz króluje z Niebie. A do domu dostały dzienniczki z modlitwą na cały tydzień - każdego dnia poruszany jest jeden temat i każdy z nich ma dopasowany kolorowy cukierek**:
  • W poniedziałek dzieci dziękują za to, że Bóg stworzył piękny świat. (zielony)
  • We wtorek przepraszają Boga za swoje grzechy. (czarny)
  • W środę dziękują za Bożą miłość i przelaną krew Jezusa (czerwony)
  • W czwartek za te, że grzechy są przebaczone dzięki tej krwi. (biały)
  • W piątek dziękują za zmartwychwstanie. (żółty)
  • W sobotę proszą o prowadzenie Ducha Świętego, po to by postępować dobrze i nie grzeszyć. (pomarańczowy)
  • W niedzielę dziękują za to, że Jezus przygotowuje im mieszkanie w Niebie. (niebieski)
Mam nadzieję, że tak wyposażone, w wiedzę na temat historii Wielkiejnocy i przewodnik modlitewny rozłożony na cały tydzień, zapamiętają z tych świąt coś więcej niż czekoladowe zajączki...

_____________________

* Tego, że precel jest symbolem modlitwy dowiedziałam się z Wikipedii. A zajrzałam tam dlatego, że przy szukaniu inspiracji na to jak zobrazować wydarzenia z ogrodu Getsemane na pintereście co i raz mi ten precel wyskakiwał. Legenda o preclu jest bardzo ładna, polecam przeczytać.

** Cukierkowa modlitwa to moja interpretacja angielskiego wierszyka, zmieniona do własnych potrzeb, skrócona z 12 elementów do 7 i niestety, nierymowana. Ale jak ktoś chce tekst modlitwy, który napisałam dzieciom w tych dzienniczkach, które dostały to chętnie prześlę, tylko podajcie maila,

wtorek, 6 stycznia 2015

Porozmawiajmy: Książka o złych zachowaniach

Mam zaplanowane kilka rzeczy - między innymi scenariusz lekcji biblijnej i fotorelację ze świątecznego występu dzieci, ale zdjęcia jeszcze czekają nieobrobione, a do lekcji potrzebuję autoryzacji wydawnictwa, więc tymczasem znów będzie o książkach.

Ten blog zupełnie nie jest parentingowy, piszę tu głównie z punktu widzenia nauczyciela a nie rodzica, ale jest o dzieciach i wychowaniu ich w wierze, więc nie jestem w stanie tematów rodzicielskich uniknąć. Tym bardziej, kiedy jednocześnie pojawiają się: odkrywcza książka związana z dziecięcą wiarą i wyzwanie zrzeszające blogujących rodziców. Już moja poprzednia notka była związana z książkowym wyzwaniem, a ta będzie następna, ale jak najbardziej ona tu pasuje!

Chciałam Wam dziś przedstawić książkę niezwykłą. O jej niezwykłości najlepiej świadczy fakt, że jest nadmiernie używana przez mojego prawieczterolatka (ciągle każe sobie czytać poszczególne części), a wcale nie opowiada o fantastycznych przygodach. O czym natomiast traktuje? O rozmowie. Ale nie takiej zwykłej - o rozmowie szczególnej:


Ta rozmowa jest szczególna z trzech powodów:

  1. Przeprowadzana jest z Bogiem.
  2. Rozmawiają dzieci.
  3. Jej tematami są rzeczy trudne.
Ta pozycja to w zasadzie zbiór krótkich książeczek, z których każda jest rozmową dziecka z Bogiem.


Rozmów jest szesnaście, a jedna trudniejsza od drugiej. Bo dzieci z książeczek to nie beztroskie małolaty, biegające radośnie po podwórku, a ich modlitwy nie są podziękowaniami za pięknie stworzony świat. Chociaż pojawia się tam dziękczynienie, to myślą przewodnią jest coś co sprawiło dziecku przykrość lub czym dziecko sprawiło przykrość komuś.


Znajdziemy tam dziecięce rozmowy z Bogiem o:
  • Brzydkich słowach
  • Chciwości
  • Dzieleniu się
  • Jak przegrywać
  • Kłamstwie
  • Kradzieży
  • Krzywdzeniu innych
  • Lenistwie
  • Marudzeniu
  • Nieuprzejmości
  • Oszukiwaniu
  • Uważnych słuchaniu
  • Wandalizmie
  • Złych manierach
  • Złym humorze
  • Znęcaniu się
Myślę, że taka mała książeczka, która pokazuje naszemu dziecku, że inni też mają problemy, może się przydać. Jest dobrym podsumowaniem rozmowy lub wstępem do niej, kiedy dziecko zachowuje się nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Jest też dobrą profilaktyką - przez to, że dobrze nazywa uczucia, które szargają maluchami - zarówno tymi krzywdzącymi jak i skrzywdzonymi o może pomagać zapobiegać pewnym zachowaniom,, a wiadomo, że zawsze lepiej zapobiegać niż leczyć :)

Na przykład w książeczce na temat znęcania się nad słabszymi:


mały chłopiec opowiada Panu Bogu o tym, że chciał być lubiany i dlatego razem z chłopcami na których przyjaźni mu zależało, ale których trochę się bał, wyśmiewał się z kolegi. Później, kiedy rozmawiał z nauczycielem czuł się okropnie, bo wiedział, że wyśmiewanemu koledze było przykro i chciało mu się płakać, ale był dzielny. Na końcu każdej książeczki jest odniesienia do tego, bo zrobił dla nas Bóg/Jezus - tu akurat nauczyciel opowiada bohaterowi, o tym jak ludzie wyśmiewali się z ukrzyżowanego Jezusa. Oczywiście każda historyjka dobrze się kończy - dzieci z książeczek pokazują czytelnikom jak należy naprawić swoje zachowanie.

Jak używamy książeczki na własnym podwórku? Kiedy mój Syn marudzi, nie słucha mnie lub robi coś innego, co mi się nie podoba - wyjmuję książkę i czytam odpowiednią historyjkę. Ponieważ Wojtek bardzo lubi czytanie - szybko się wciąga. No i wiadomo - zawsze lepiej, jeśli to ktoś coś zrobił, a nie my - łatwiej wtedy o tym porozmawiać. A kiedy omówimy już zachowanie Wojtka/bohatera książki to zaczynami czytać inne i już wtedy Wojtek opowiada o nich mnie. Mam nadzieję, że dzięki temu niektórych nigdy nie będziemy musieli czytać z odniesieniem do własnego przykładu!

Ten post powstał w związku z moim udziałem w projektach:


sobota, 22 listopada 2014

Porozmawiajmy: Moje dziecko nie chce się modlić!

Na wstępie chciałam przeprosić, za to, ze tak długo nie pojawiały się nowe posty. Mamy ostatnio (rodzinnie) czas zmian, w większości pozytywnych, ale i tak potrzebujemy trochę czasu, żeby poukładać sobie pewne rzeczy na nowo. Tak więc inne rzeczy musiały poczekać. Nie ukrywam, że jest to w toku i nadal mam sporo zajęć, ale mam nadzieję, że uda mi się pisać w miarę regularnie.

Dzisiejszy post jest tekstem terapeutycznym. Dlaczego? Bo sama mam taki problem i stwierdziłam, że muszę się nad tym poważnie zastanowić. Pisanie natomiast pomaga mi w myśleniu, a mam nadzieję, że pisząc tutaj pomogę w problemie komuś jeszcze albo ktoś pomoże mnie. Bo nie sadzę, żeby wszyscy mieli w domu taki sielankowy obrazek:


Jaki zatem jest problem?

Moje dziecko nie chce się modlić!

Mój słodki i kochany Synek, który dotychczas codziennie po kolei wymieniał za kogo i za co podziękujemy Panu Bogu, od kilku dni na hasło "pomodlimy się" chowa głowę pod kołdrę i woła: "nie chcę, nie chcę!".

Dlaczego? Nie mam pojęcia. A jak sobie z tym poradzić?

Może najpierw o moim Synku: Wojtek ma trzy i pół roku. Czytać mu Biblię i modlić się z nim zaczęliśmy gdy miał trochę ponad dwa, jeśli dobrze pamiętam. Bardzo to lubi. Znaczy - czytanie do tej pory (teraz czytamy "inną" Biblię, dla starszych dzieci), a modlitwę już niekoniecznie.

Przy tym Wojtek ma jedną taką dziwną cechę, pewną odmianę perfekcjonizmu, polegającą na tym, że nie zrobi niczego kiedy nie jest tego w stu procentach pewny. Mój syn nie pójdzie do toalety sprawdzić czy może chce mu się sikać, bo nie chce i już. Nie mówił prawie nic do trzeciego roku życia, tylko niektóre słowa mu się czasem "wypsnęły", ale jak już zaczął mówić, to dopiero jak sam wiedział, że mówi dobrze i nie przekręcał prawie niczego. Teraz, jak zaczął chodzić do przedszkola - tak samo ma z angielskim. Nie lubi rysować i kolorować, bo nie wychodzi mu tak jakby tego chciał... I tym podobne. Dlaczego o tym piszę? Bo jestem przekonana, że ma to związek z jego niechęcią do modlitwy.

Wydaje mi się, że Wojtek zaczął się już zastanawiać, nad tym kim w zasadzie jest ten Pan Bóg, o którym mówią rodzice. "Jak postać z historyjek z tej ciekawej skądinąd książki ma się do tego, że trzeba słuchać mamy i czemu mam dziękować za nową zabawkę Jemu, skoro kupili mi ją rodzice? Jak to jest, że mama mówi, że z nim rozmawiamy, skoro leżymy we dwoje w łóżku i nikogo więcej tu nie ma i jak to możliwe, że na nas patrzy?"

Wojtuś po Pana Boga podchodzi nieufnie, trochę jak do pań w przedszkolu, z którymi nie rozmawia, choć wiemy, że umie mówić po angielsku, bo po powrocie z przedszkola mówi różne słowa i nam je tłumaczy. Postanowiłam więc zastosować podstawową strategię nawiązywania kontaktu Wojtka z Bogiem.

Kiedy po raz pierwszy spotykamy malutkie dziecko znajomych to nie rzucamy się na nie (a przynajmniej nie powinniśmy...) z całowaniem i przytulaniem tylko próbujemy powoli nawiązać kontakt. Mówimy "cześć", machamy, coś pokazujemy. Po to, żeby je oswoić. Tak samo postanowiłam oswoić Wojtka z obecnością Boga.

Na początek postanowiłam odwołać się do wojtkowej wyobraźni - przyszło mi z pomocą stare jak świat wyobrażenie na temat Boga siedzącego na chmurce i patrzącego z niej na świat. Kazałam Wojtkowi to właśnie wyobrazić sobie za oknem (ma łóżeczko tak ustawione, że widzi okno), a potem... pomachać i powiedzieć "cześć" do Pana Boga.

Posłuchał. Teraz codziennie macha i mówi Bogu "cześć" albo "dobranoc". Następnym etapem, który chcę wprowadzić jest dziękowanie za jedną rzecz dziennie. A co jeszcze można zrobić?

Rozmawiać!
Jeśli masz taki problem jak ja najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić, jest rozmawianie z dzieckiem o Bogu, opowiadanie o nim. Dziecko może jest wierzące z urodzenia, ale kiedy zaczyna się zastanawiać staje się agnostykiem! Tak jak i dorosły, musi sobie pewne rzeczy poukładać, przenieść bohatera opowieści na prawdziwe życie, a Boża ponadnaturalność i niesamowitość nie ułatwia. Dziecko musi Boga poznać, a ponieważ nie potrafi jeszcze czytać, nie jest w stanie zrobić tego bez pomocy. Zresztą - czytającemu dziecku też przyda się przewodnik.

Dawać przykład!
Nie chcesz się pomodlić? Okej, w takim razie ja się pomodlę. Módl się. Tak, żeby dziecko widziało to i słyszało.

Nie naciskać!
Nie można komuś kazać wierzyć. Nie można kogoś zmusić, żeby zrozumiał coś szybciej. Każdy ma swój czas. Postępuj powoli i delikatnie. Jeśli Twoje dziecko staje okoniem na hasło "modlitwa" - odpuść na kilka dni, a po tym czasie zaproponuj może jakąś inną formę?

Użyć wyobraźni!
Jesteście muzykalni? A może lubicie malować? Dlaczego z tego nie uczynić modlitwy? Czy nie można rozmawiać z Bogiem śpiewem, jak Dawid? Czy modlitw nie można przedstawić za pomocą obrazu? A jakby tak zmienić porę albo miejsce? Może Twojemu dziecku po prostu znudziła się dotychczasowa forma modlitwy? Przykładowo: Ojcze nasz jest bardzo piękną modlitwą, którą kazał się nam modlić Pan Jezus. Ale czy klepana z pamięci codziennie lub nawet co tydzień dalej będzie piękna i poruszająca?

A jakie Wy macie pomysły, żeby przekonać do modlitwy niechętne dziecko?

sobota, 14 czerwca 2014

Porozmawiajmy: Dokąd zmierzamy?

Miałam dziś pisać zupełnie o czymś innym, ale przeczytałam ten artykuł. I nie mogę zostawić tego bez komentarza.

Wiele rozmawiałam ostatnio z człowiekiem, który jest bardzo zaangażowany w służbę wśród dzieci, od wielu lat. Jedną z najważniejszych prawd, które wyniosłam z tych rozmów, jest to, że Kościół powinien służyć Bogu całymi pokoleniami. Jak najbardziej się z nim zgadzam - w końcu z Księdze Jozuego (24:15) jest mowa o tym, że służyć będzie Bogu cały dom: cały to nie znaczy tylko mama, tylko tata, czy tylko rodzice. Cały dom to również małe dzieci i zniedołężniali starcy, każdy tak jak umie, wszyscy RAZEM.

Przez pewien czas nie udzielałam się w służbie - miało to związek z emigracją, zamążpójściem, potem ciążą, maleńkim dzieckiem, drugą ciążą i już dwójką dzieci. Trwało to jakieś cztery lata. W tym czasie zmieniło się wiele i odkrywając te zmiany coraz szerzej otwieram oczy. Kiedy "odchodziłam na urlop" zostawiłam za sobą zajęcia biblijne, szkółki niedzielne, dzieci poznające Biblię i ewangelizowane. Teraz bardzo aktywnie szukam materiałów, artykułów i pomysłów na temat pracy wśród dzieci i zaskakuje mnie to co znajduję.

To nie jest tak, że nie idę z duchem czasu. Że mam coś przeciwko prezentacjom multimedialnym, nagłośnieniu podczas uwielbiania albo perkusji. Aż taka stara to nie jestem... Ale KOŚCIÓŁ DZIECIĘCY? Poważnie? Zaszliśmy w miejsce, gdzie już nawet w Kościele rodzina jest nieważna? Dlaczego rozdziela się dzieci z rodzicami na czas trwania całego nabożeństwa?

Autorka artykułu pisze, że Kościół dla dzieci to nie „przechowalnia” dla maluchów na czas niedzielnego nabożeństwa. A dla mnie tym właśnie jest. Owszem - dzieci poznają tam Boga. Jest uwielbienie, nauczanie, wszystko jak w "prawdziwym" kościele. Ale dla mnie to zdejmowanie odpowiedzialności z rodziców. Dziecko cały tydzień chodzi do żłobka, przedszkola, szkoły i na zajęcia dodatkowe, a w niedzielę do Kościoła dziecięcego i rodzice nie muszą się już martwić nauka samodzielnego jedzenia, nocnikowaniem, czytaniem, zabawą, rozwojem duchowym. Są od tego specjalistyczne zajęcia.

Dzieci również potrzebują pokarmu duchowego, lecz dostosowanego do ich potrzeb i możliwości przyswajania
A i owszem. Pokarmu, znaczy nauczania. Od tego mamy szkółki. Moim skromnym zdaniem, wielu dorosłych też by ze szkółek skorzystało. W końcu jak Pan Jezus chodził po ziemi,to tak samo dzieciom jak i dorosłym opowiadał historyjki... No więc pokarm, czyli nauczanie to tak, tu się zgodzę, niewiele dzieci zrozumie coś z kazania. Ale co jest takiego strasznego w uwielbianiu, czego dziecko tam nie zrozumie? W zbieraniu kolekty? Być może nie do końca załapie wieczerzę, ale od tego są rodzice, by mu wytłumaczyć, a nie wiem dlaczego nie miałyby brać w niej udziału - w końcu wiele z nich jest nawróconych, a nawet ochrzczonych Duchem Świętym, niektóre też wodą. Dlaczego dziecko nie może być na nabożeństwie ze swoimi rodzicami?

W trakcie nabożeństw dzieci powinny przebywać w odpowiednim dla nich środowisku pod opieką doświadczonych i odpowiedzialnych nauczycieli i opiekunów.
No owszem. Ale co - rodzice są niedoświadczeni i nieodpowiedzialni? Kościelna ławka jest nieodpowiednia dla dzieci? Gryzie każdego poniżej 16 roku życia?

Podobno to - Kościół dla dzieci - działa i się sprawdza. Podobno. I owszem, w Kościele w którym jest na przykład tysiąc osób dorosłych, ciężko byłoby wysłać na przykład czterysta dzieci w połowie nabożeństwa na szkółkę. Ale w Polsce takich zborów nie ma... Rozumiem ideę nabożeństw dla dzieci, odbywających się raz w miesiącu na przykład. Kiedy to dzieci mają zajęcia przez cały czas trwania "normalnego" nabożeństwa i są to zajęcia bardziej rozbudowana, zbliżone do spotkania dla dorosłych. Rozumiem też ideę robienia nabożeństw rodzinnych, kiedy to podczas "normalnego" nabożeństwa śpiewane są dziecięce pieśni, a Słowo przekazywane jest prostym językiem, z elementami interaktywnymi. Rozumiem i popieram. Izolowanie dzieci od rodziców w trakcie nabożeństwo nie rozumiem i poprzeć nie mogę. Wmawianie rodzicom, że ktoś inny zadba o rozwój duchowy ich dzieci jest dla mnie karygodne.

A już najwięcej o samej autorce mówi ostatni akapit artykułu:
Dodatkowym atrybutem kościoła dziecięcego jest to, że służba dzieciom jest doskonałym miejscem wzrostu dla tych, którzy chcieliby wejść w służbę Bogu. Zabawa i nauka z dziećmi daje unikalną przyjemność oraz przygotowanie do organizacji i nauki w innych sferach życia Kościoła. Tych wszystkich, którzy uważają, że chcieliby służyć Bogu, zachęcam do rozpoczęcia służby z dziećmi. Kościół dla dzieci daje ogromne możliwości rozwoju i duchowego wzbogacenia. A przecież o to nam wszystkim chodzi! 

No skandal, jak dla mnie. To co - jak się służy dzieciom, to się nie służy Bogu? To jest jakiś gorszy rodzaj służby w Kościele? Na dzieciach można poeksperymentować? A potem, w zależności od wyników tych eksperymentów przenieść to co się sprawdziło na ten poważny, dorosły Kościół?

Ja tych wszystkich, którzy chcieliby zacząć zachęcam do robienia kawy po nabożeństwie albo wyświetlania pieśni, a nie do nauczania dzieci. Do służby dzieciom to zachęcam tych, którzy tego naprawdę chcą i którym na sercu leżą dzieci, a nie potrzebują od czegoś zacząć wspinaczkę po szczeblach kościelnej kariery.

piątek, 6 czerwca 2014

Biblijne gadżety: Cichy czas

Mój Synek idzie niedługo do przedszkola i bardzo możliwe, ze będzie to przedszkole Montessori. W związku z tym studiuję uważnie wszystko co tylko znajdę w internecie na temat tej metody wychowawczej. Jedną z rzeczy na którą w związku z tym się natknęłam jest Katecheza Dobrego Pasterza.

Nie będę o tym wiele pisać, jak kogoś to interesuje to sobie wygooglujcie, jednak chciałabym na jedno zwrócić uwagę. W jednym z elementów tego sposobu nauczania o Bogu jest zorganizowanie w pomieszczeniu, w którym się to odbywa miejsca wyciszenia ogólnodostępnego dla dzieci. W miejscu tym ma się znaleźć między innymi figurka Dobrego Pasterze i zapalona świeczka, co nie jest moim zdaniem dobre, to w końcu katecheza katolicka, ale też na przykład przybory do rysowania, by dzieci mogły w prosty dla siebie sposób wyrazić to co ich dotyka. Taka forma nie sprawdzi się na "zwyczajnej szkółce", którą prowadzą osoby nieprzeszkolone w technice Montessori, ale zwróciła moją uwagę na to, że już od małego można nauczyć dzieci osobistego cichego czasu z Bogiem - nie w czasie społeczności z innymi ludźmi, ale w domu.

Jestem przeciwna robieniu w domu "ołtarzyka", specjalnego miejsca do modlitwy - w końcu uczymy nasze dzieci, że Bóg jest wszędzie, więc niezależnie od tego gdzie będą się modlić, On usłyszy i wysłucha. Ale, całkiem przypadkiem trafiłam na coś co po angielsku nazywa się Cicha Książka (quiet book), która z miejscem nie jest związana....

Cicha Książka to książeczka uszyta z filcu, której strony to różne układanki, zagadki, łamigłówki i łamirączki. Znaleźć tam można coś przyklejanego na rzepy, coś do zawiązania, coś do połączenia, zapięcia na guziki, zatrzaski i tym podobne. Spotkałam się też z nazwą Pracowita Książka (busy book), ale jakoś Cicha bardziej pasuje mi do tematu.

Mianowicie chodzi o to - z czym też się spotkałam - żeby uszyć dla dziecka taką książkę, strona po stronie, tak, by każda opowiadała jakąś historię biblijną. Taka książka jest atrakcyjna - fajne jest wkładanie, wyjmowanie, przyczepianie i przekładanie małych elementów, a jeśli zadbamy o biblijną tematykę, nasze dziecko będzie sobie - przy zabawie - przypominać treść Biblii. Będzie to jego własny cichy czas.

Taka książeczka nie jest wcale trudna do uszycia :) Poniżej kilka inspiracji:

Źródło
Źródło
Źródło
Źródło
Źródło
Źródło
Źródło
Czujcie się zainspirowani i zróbcie książeczkę dla swoich dzieci! Ja zrobię!

środa, 28 maja 2014

Biblioplastyka: Porcja inspiracji

Dziś będzie garść pomysłów na prace plastyczne dla dzieci. Oczywiście ilustrujące Biblię!

Może Łazarz z klamerki?
Źródło
A może szarańcza z wytłoczki po jajkach?

Źródło
Zacheusz na drzewie z papierowej torebki?

Źródło
I instrukcja obrazkowa jak zrobić takie drzewo:

Źródło
Sieć pełna ryb?

Źródło
Koszyk z rybami i chlebkami?

Źródło
Krzyczące kamienie?

Źródło
Mam nadzieje, ze coś Wam się przyda :) A w następnych inspiracjach odwiedzimy Stary Testament!

poniedziałek, 26 maja 2014

Porozmawiajmy: To, co jest trudne dla dużych może być proste dla małych!

Powszechnie uważa się, że ewangelizację powinno zaczynać się od Ewangelii, a czytanie Biblii od Nowego Testamentu, ewentualnie Psalmów. Jest w tym sporo racji - ludzie znają w jakimś tam stopniu, większym lub mniejszym historię świata i przy ewangelizowaniu ważne jest to, by pokazać im tę osobistą zależność mój grzech - moja śmierć, mój Jezus - moje zbawienie. Z kolei jeśli chodzi o czytanie to Nowy Testament i Psalmy są napisane po prostu łatwiej przyswajalnym językiem - nie ma tu rodowodów, wyliczeń i wyszczególnionych praw, jest czysta Boża chwała.

Nie mniej jednak, ta zasada odnosi się tylko do dorosłych. Kiedy ewangelizujemy lub uczymy o Bogu dzieci, jest zupełnie odwrotnie.

Mija się z celem opowiadanie, że Jezus przyszedł na świat po to, by nas zbawić jeśli nie wie się skąd wziął się świat, z czego i po co Jezus ma nas zbawiać i co to w zasadzie jest ten grzech, o którym ciągle mówią dorośli... A do tego dlaczego ten Jezus jeździł na osiołku i na obrazkach rysują go w sukience, skoro był chłopcem? Co to jest Izrael i dlaczego, skoro w historii występują królowie to nie ma mowy o rycerzach i księżniczkach? Co to w ogóle jest świątynia?

Nasze dzieci wychowują się w kulturze, u której podstaw leży kultura średniowiecza. Rycerze, zamki, księżniczki - to wszystko poznają z automatu. Biblia to jednak lektura bliskowschodnia - nasze dzieci nie wiedzą nic o pustyniach i życiu w namiotach czy glinianych domkach. Prosty przykład - dlaczego 6 stycznia jest święto Trzech Króli, skoro w Ewangelii wymienieni są Mędrcy? Bo królowie byli w naszej kulturze lepiej przyswajalni, tak myślę. Baśnie nasze, europejskie, nie maja nic wspólnego z historiami z Biblii. W takich samych realiach są osadzone baśnie bliskowschodnie, ale tych przecież zbyt często dzieciom nie opowiadamy. Ile jest bajek Disneya osadzonych w średniowiecznych realiach? Conajmniej kilkanaście. A na bliskim wschodzie dzieje się jedna - Alladyn.

Dlatego właśnie, zanim przystąpimy do ewangelizacji dzieci - moim zdaniem - powinniśmy zaznajomić je z realiami i światem przedstawionym Biblii. A do tego idealnie nadają się historie ze Starego testamentu. Opowiada się je jak baśnie - mówią o dzielnych ludziach i niesamowitych wydarzeniach, ale mają nad baśniami jedną, niezaprzeczalną wyższość: główną rolę gra w nich Bóg. A do tego stanowią fundament kulturowy, niezwykle ważny dla ewangelizacji dzieci. Bo które dziecko skupi się na istocie ewangelii, jeśli przy okazji będzie się zastanawiać kto to są Izraelici, skąd wziął się ten tajemniczy grzech, za który musiał umrzeć Jezus i dlaczego on chodził w sukience?

Stary Testament, choć bywa trudny do przejścia dla dorosłych, nie bez powodu jest na początku Biblii. Tak jak każdy dorosły nie bez powodu na początku był dzieckiem.

sobota, 24 maja 2014

Biblijne gadżety: Porozmawiajmy o literaturze.

Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że Biblia z obrazkami to niezbędnik każdego rodzica i nauczyciela. Do dzieci najłatwiej trafić wykorzystując więcej niż jeden zmysł - historia usłyszana będzie trudnijesza do zapamiętania niż usłyszana i zobaczona. I tak jak wszystkie książki dla dzieci mamy z obrazkami, tak Biblia dla dzieci też powinna być z obrazkami. Szczególnie dla dzieci małych - w miarę jak dzieci rosną coraz więcej używa się "dorosłej" Biblii. No ale nie o tym teraz mówimy.

Biblii dl dzieci jest na rynku zatrzęsienie. No i skąd wiedzieć która będzie dobra? Postanowiłam przybliżyć Wam trochę te - na razie dwie - które znam, posiadam i używam.

Pierwsza to Biblia dla maluchów. Wydana przez Vocatio, można kupić ją na stronie wydawnictwa, ale jest też ogólnie dostępna np. w sieci Madras (i dużo tańsza...).


Ta Biblia, jak sama nazwa wskazuje, najlepsza jest dla maluchów. Pisana prostym językiem, ma mało tekstu, a dużo obrazków, dzięki czemu świetnie nadaje się też jako pomoc na zajęcia biblijne - nawet krótkie historyjki opatrzone są conajmniej trzema obrazkami, co daje duże pole do popisu przy opowiadaniu. Narratorami są bohaterowie poszczególnych historii: Adam opowiada o stworzeniu świata, Noe o potopie i tak dalej.





Jakie ma minusy? Szybko się z niej wyrasta. Mój trzylatek jest już na nią za duży, bo czytana historia trwa zbyt krótko, jak na jego potrzeby. W związku z tym czytamy dwie-trzy historie na raz, a i tak jest mu za krótko, więc musimy rozejrzeć się za jakąś dla starszych dzieci. Ta posłuży jeszcze Luli, która zaczyna się nią interesować, a potem jeszcze wiele lat na szkółce.

Druga pozycja to nie książka, a cała seria Wierni przyjaciele, wydana przez wydawnictwo Znaki Czasu. Ja mam stare egzemplarze, wydane w 1982 roku, ale została ona niedawno wznowiona. Jest to pięć książek, a w każdej cztery historie biblijne, głównie skupiajace się na dziecich i młodych ludziach w Biblii.


Jedna z moich została pozbawiona okładki, ale dzięki wznowieniu dowiedziałam się jak ta okładka wyglądała :)





Dużym plusem dla tej serii jest to, że opowiada historie rzadko spotykane w innych Bibliach dla dzieci - na przykład o uzdrowieniu Naamana, o Elizeuszu, Esterze czy małym królu Jozjaszu. Tutaj też obrazków jest dużo, ale dość dużo jest tez tekstu, więc nadaje się zarówno do opowiadania na szkółce, jak i do czytania w domu trochę starszym dzieciom.





Minusy? Cała seria kosztuje dość dużo, bo aż 99 zł, a opowiadań jest niestety tylko 20... Nie obraziłabym się jakby wszystkie historie biblijne wydali w ten sposób. No i dostępna jest chyba tylko na stronie wydawnictwa.

To tyle na dziś :) Biblijnych gadżetów dla dzieci mam jeszcze trochę, postaram się je systematycznie przybliżać :)